niedziela, 2 września 2012

Kwas cytrynowy


Ani lemoniada w kieliszku zamiast szampana, ani pożyczona z maminej szafy biała sukienka, ani też pewna spontaniczność obrzędu, nie zdradzały, że miała jedenaście lat”.

Dokończył zdanie i odłożył długopis na bok. Pracował tylko nad nim, nie licząc się z czasem. Na to zdanie trzeba było czekać całe cztery lata, ale tym zupełnie się nie przejmował.
Cztery lata wcześniej odbyło się jego uroczyste przejście na pisarską emeryturę. Obecni na nim byli wszyscy, co do jednego, wydawcy, korektorzy, krytycy, koledzy po piórze, no i oczywiście tłum czytelników. W głównej sali ogromnej biblioteki świeciło mocne, sztuczne światło, które cały czas rozpraszało go i zbijało z tropu. Jedynym wymogiem,  jaki postawił organizatorom był brak jakichkolwiek pytań.
Planował odczytać fragmenty swoich opowiadań, zaczynając od ostatniego, a kończąc na debiutanckim. Gdy czytał przedostatni tekst, poczuł nagły ucisk serca i, pomimo protestów z jego strony, konieczne było udzielenie mu pomocy medycznej. Choć spotkanie zostało przerwane, jego najwierniejsi przyjaciele jeszcze przez długi czas nie chcieli się rozejść i zdecydowali się wrócić do domów dopiero gdy z ust ministra kultury usłyszeli zapewnienie, że pisarz znajduje się w rękach dobrych specjalistów. W szpitalu spędził tydzień, podczas którego zrobiono mu prawdopodobnie wszystkie badania, jakie znała współczesna medycyna. Pisarz protestował, jednak pod naciskiem swojego osobistego lekarza, musiał się zgodzić. Po paru dniach poprosił reprezentującego go agenta, by ten przekazał wszystkim zainteresowanym oświadczenie, w którym ogłosił, że nie będzie dłużej pisać, udzielać wywiadów i występować publicznie. To właśnie miał przekazać kończąc swój pożegnalny odczyt. Teraz był nawet zadowolony, że do dramatu artystycznego udało się dodać trochę dramatyzmu życiowego. Został wypisany bez wskazania przyczyny nagłego niedomagania. Widocznie nie pamiętając, że literat rzucił palenie już kilka ładnych lat temu, lekarz poradził mu natychmiast to uczynić. Pisarz wsiadł do taksówki i od razu poprosił kierowcę o papierosa, po czym z trudnym do opisania zadowoleniem wypalił go przy uchylonym oknie samochodu. Na progu długo szukał odpowiedniego klucza. Wewnątrz było cicho i przytulnie. Obok okna stał ogromny, dębowy stół. Pierwsze co zrobił, to postawił na nim sporej wielkości zaparzacz do kawy i niedużą, teraz przeznaczoną już nie tylko dla gości, popielniczkę. 
Te cztery lata minęły, jak trzy kawy, dwa papierosy i jedna drzemka. Jedyne co się przez ten czas zmieniło to to, że nie pisał, nie udzielał wywiadów i nie pokazywał się ludziom. Wszystko inne było jak dawniej. Z poranną pocztą przyszedł list od młodego literata, który przysłał mu do oceny swój pierwszy, duży tekst. Z początku pisarz zdziwił się, że agent przepuścił to przez swoje sito, wraz z listem gratulacyjnym z kancelarii i rocznym podsumowaniem sprzedaży, ale później wyszedł do ogrodu, usadowił się w hamaku i zaczął czytać. Dziełko nosiło tytuł „Podwójne widzenie” i opowiadało o młodym pisarzu któremu, z powodu śmiertelnej choroby, nie udaje się dokończyć książki, a jej ostatnie zdanie urywa się w półsłowa. Mój Boże, pomyślał, czyżby każdy musiał zaczynać z tego samego miejsca. To co przeczytał zupełnie mu się nie spodobało, jednak napisał autorowi odpowiedź: „Tekst niezły. Proszę się starać nie myśleć o śmierci i najlepiej w ogóle o niej nie pisać”. Wrócił do domu, żeby zrobić sobie kawę, ale w tym momencie usłyszał telefon.
- Dzień dobry, dzwonię z czasopisma… - usłyszał młody, dziewczęcy głos.
- Skąd pani ma mój numer? – powiedział zamiast przywitania.
- Pana agent… kazał powołać się na swoje nazwisko – odpowiedziała pełnym poczucia winy i przeczucia klęski głosem
- Wszystko u niego w porządku? – Zapytał nieoczekiwanie, także dla samego siebie, pisarz.
- Tak, oczywiście, wszystko dobrze – odpowiedziała dziewczyna, uśmiechając się nieśmiało do słuchawki – Proszę przyjąć w imieniu naszej redakcji gratulacje…
- Dziękuję – przerwał.
- Z tej okazji – kontynuowała z jeszcze większą nieśmiałością – kierownictwo zleciło mi przeprowadzenie z panem wywiadu.
- A mi, o ile dobrze rozumiem, zlecili jego udzielenie – zażartował bez gniewu w głosie.
- Proszę wybaczyć, miałam na myśli, że, poprosili mnie… to znaczy pana… o udzielenie wywiadu z okazji pańskiego jubileuszu.
Po tych słowach, pisarz odrzekł – A słyszała pani o moim oficjalnym oświadczeniu wydanym kilka lat temu?
- Nie, nie słyszałam – przyznała z poczuciem winy dziewczyna
- To proszę przyjeżdżać – zupełnie nieoczekiwanie dla rozmówczyni odpowiedział pisarz.
- Przyjadę – zakończyła dziewczyna i odłożyła słuchawkę.
Odsunął na bok popielniczkę, otworzył notatnik i zapisał: „Jej wieku nie można było określić nawet po głosie”.
Po paru godzinach pod dom zajechało auto. Na stole w ogrodzie stały już dwa kubki kawy, tak jakby dokładnie wiedział, kiedy przyjedzie. Zdawał sobie sprawę, że to niekulturalnie nie pozostawić jej wyboru, ale chociaż dotąd pijała kawę tylko rano, nie zauważyła w tym żadnego nietaktu.
Oznaki podniecenia dało się dostrzec jedynie na jej policzkach. Zarumieniły się, co bardzo przypadło mu do gustu. Dziś już mało kto potrafi się zawstydzić, pomyślał i zaproponował jej by usiadła. Tak też zrobiła, a on dostrzegł jakie ma zgrabne kolana.
- Pan mieszka sam? – zapytała, włączając jednocześnie dyktafon, który następnie położyła na stole.
- Proszę wyłączyć – powiedział i podał jej cukiernicę.
- Ale jak...? – zdziwiła się, ale natychmiast spełniła jego prośbę.
- Obiecałem więcej nie udzielać wywiadów, i jest to jedna z obietnic, której nadal udaje mi się dotrzymać.
- Ale przecież…
- Zaprosiłem tu panią nie po to – przerwał i przybrał łagodny wyraz twarzy, tak by zrekompensować to co wcześniej powiedział – Rozumie pani… - zrobił pauzę – Dzisiaj… - przerwał raz jeszcze – Nie chciałem być sam.
- Rozumiem – odpowiedziała dziewczyna – Wszystkiego najlepszego – dodała, zupełnie niezadowolona ze swoich ostatnich słów.
- Wie pani – zaczął – całkiem niedawno zrozumiałem, że nasze życie to tylko święta, rocznice, dni… a pomiędzy nimi wydaje się niczego nie być. Rozumie pani? I jeżeli wcześniej żyłem w przekonaniu, że pomiędzy tymi wszystkimi okazjami jest niekończące się oczekiwanie, to teraz uświadomiłem sobie, że i jego nie ma. Rozumie pani?
Jedyne co rozumiała to, że powinna teraz milczeć, i milczała, od czasu do czasu popijając z kubka ostygłą już kawę.
- Najdziwniejsze jest nie to, że uświadomiłem sobie ten fakt dopiero teraz, ale to, że gdybym nawet te cztery lata temu nie porzucił pisania i opowiedział o tym w swojej kolejnej książce, to i tak nie znalazłby się ani jeden człowiek, który mógłby zrozumieć to nie będąc w mojej skórze. A jeśli tak, to po co wcześniej odmawiałem sobie wszystkiego innego, oprócz pisania. Rozumie pani? – zapytał i powiódł ręką dookoła ogrodu.
W ogrodzie rosły wyłącznie nieduże drzewka. Nie były posadzone w rzędach, ani w żaden inny uporządkowany sposób. Dopiero teraz dziewczyna dostrzegła ogromną przewagę drzew cytrusowych.
- A propos, wyobraża pan sobie, że ja już od kilku lat piję kawę z cytryną? – powiedziała do, teraz, dla odmiany, całkiem zmieszanego pisarza – Ludzie piją herbatę z mlekiem, jedzą mięso z konfiturami, więc gdy raz spróbowałam kawy z sokiem cytrynowym, pomyślałam dlaczego by nie pić kawy z cytryną. Pan nigdy nie próbował? – zapytała.
Pisarz zawahał się nad odpowiedzią, ale po namyśle odrzekł: Niestety, nie mam już cytryn. W tym roku były kiepskie zbiory. Za to w poprzednim ogród cały był żółty. To usłyszawszy skrzywiła się od kwaśności samego wyobrażenia. Znów, jak wtedy na sali, ścisnęło mu się serce, ale potem ustąpiło i uspokoiło się. Trzymając się za nie zaśmiał się tak szczerze, jak nie śmiał się już od dawna. Przestała się krzywić i zaczęła śmiać się wraz z nim. Coś bardzo zabawnego było w tej sytuacji.
Rozmawiali w ogrodzie aż do wieczora. Na koniec poprosił, by odwiedzała go częściej i bez okazji.
- A co z wywiadem? – zapytała na odchodne.
- Wywiad… - zamyślił się – Wywiad pani napisze sama z tego o czym tutaj rozmawialiśmy… albo nie. Lepiej niech pani napisze go z głowy, tak jak go sobie pani wyobrażała, gdy do mnie jechała. A autoryzuję go, jak tylko otrzymam od pani tekst. Nawet nie. Daję autoryzację od razu, niezależnie co pani tam napisze będzie dobrze.
- Dziękuję – powiedziała znów się rumieniąc.
Po tym jak odprowadził ją do furtki, szybko, nie zważając na ból w stawach podbiegł do stołu, wyciągnął schowany za zaparzaczem notatnik i napisał: „Zamiast poczęstunku nowożeńcy mieli kwas cytrynowy, którego słodki smak, zapamiętał na całe swoje długie życie.”


2009

Tekst w oryginale znaleźć można w almanachu Belarus, Nowy Jork, 2009

Obrazy "Lemon wedge" i "Lemon murdered" są autorstwa Raymonda Logana i pochodzą z bloga artysty

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz