poniedziałek, 17 września 2012

Minaj Domofon


Był taki dziwny czas, a może znowu nie taki dziwny, no ale na pewno o wiele dziwniejszy niż inne, gdy we wszystkich blokach zapanowała moda na zakładanie domofonów. Już niemal w każdej klatce schodowej w naszym niedużym, ale i nie małym, mieście korzystano z dobrodziejstw tego sprytnego wynalazku, a mieszkańcy pozostałych im zazdrościli. A zazdrościć było czego. W bramach z domofonami klatki były czyste, nie odbywały się w nich już, jak to było wcześniej, wieczne libacje i hulanki miejscowych pijaków; były to również klatki bezpieczne, do których dostać się złodziejowi było o wiele trudniej; no i w końcu domofon można było wykorzystywać jako telefon – skończył się czas, gdy, zapomniawszy klamerek do prania, trzeba było na całe osiedle wydzierać gardło, by ktoś w mieszkaniu na siódmym piętrze usłyszał, i jeszcze rzucił te nieszczęsne klamerki na dół. Dlatego wszystkie bramy można było podzielić na takie, które już domofony miały, te, w których właśnie je zainstalowano oraz te, w którym miało to lada moment nastąpić. No, może z wyjątkiem jednej.

W jednej bramie ani nie było domofonu, ani nie trwał proces jego instalacji, ani nie planowano go zakładać. Chociaż, planować to może kiedyś tam planowano, ale na przeszkodzie całego projektu stanął jeden człowiek – Minaj. By można było zainstalować domofon potrzebna była zgoda wszystkich mieszkańców danej klatki schodowej. To co wszędzie udawało się uzyskać szybko i bez żadnych problemów, w tym przypadku okazało się niewykonalne. Tam, niczym kość w gardle, stał Minaj, który mówił, że w jego bramie tego gówna nie będzie.
Minaj był emerytem i pijakiem, albo raczej, pijakiem na emeryturze, człowiekiem nie posiadającym żadnego zajęcia, a tym bardziej zainteresowań, chyba, że za takie uznać picie. Cały dzień Minaj spędzał na ławce pod blokiem i był zdania, że dopóki on tam jest „to na jakiego chuja ten domofon?” „Domofon – to ja – powiedział na zebraniu mieszkańców Minaj – i żadnego innego nam nie potrzeba”. Od tej chwili tak też zaczęto go nazywać – Minaj Domofon, albo po prostu Domofon. Nie mogąc znaleźć na Minaja żadnego sposobu, mieszkańcy szybko przyzwyczaili się do tego, że ich domofon był żywy i stale przesiadywał na ławce przed domem, od rana do wieczora, a zdarzało się, że i od wieczora do rana. Na początku, oczywiście, bardzo przeżywali, że ich domofon jest inny niż wszystkie, i że nie nadaje się do roli telefonu, przez co znowu będzie trzeba wydzierać się na całą dzielnicę, żeby ktoś zrzucił te cholerne klamerki. Z czasem jednak, cała sprawa przycichła i ludzie do swojego specyficznego domofonu, można powiedzieć, przywykli.
Zdarzyło się nawet, że Minaj dowiódł, iż jest domofonem najlepszym z możliwych. By na darmo nie wspinać się na pierwsze piętro, gdzie mieściło się jego mieszkanie, poszedł wysikać się za dom. Tam zobaczył jak na trzecim piętrze, z balkonu na balkon, przeskakuje złodziej. Długo się nie zastanawiając złapał grubą sztachetę, którą podparte były drzwi do szklarni Wandy Hurkowicz, i cisnął nią w złodzieja, a zrobił to tak sprawnie i celnie, że ta trafiła go prosto w łeb. Rabuś zawisł na poręczy balkonu, zakołysał się kilka razy i gruchnął o ziemię tak, że aż Minajowi w uszach zadzwoniło. Dopiero potem okazało się, że to nie był żaden złodziej, a mąż samej Wandy Hurkowicz z trzeciego piętra, i że nie szedł on grabić sąsiadów, ale przechodził z mieszkania sąsiada do swojego własnego, ponieważ pani Wanda zapomniała zostawić dla niego klucz pod wycieraczką. Co więcej, sztacheta okazała się nie tylko sztachetą podtrzymującą drzwi do szklarni Wandy Hurkowicz, ale i całą szklarnię, a wyrwanie jej musiało wiązać się z niewyobrażalną siłą, której Minajowi, w ekstremalnej sytuacji, jak widać, nie zabrakło. Teraz mąż pani Wandy leżał w szpitalu i miał tam spędzić przynajmniej dwa najbliższe miesiące, dopóki nie pozrastają się wszystkie jego pogruchotane kości. Leżał także cały tegoroczny urodzaj Wandy Hurkowicz, bo zawalając się, szklarnia połamała wszystkie sadzonki które tak starannie pielęgnowała. Leżał też Minaj, na swojej ławce, cały zadowolony z siebie i swojego sprytu. Zadowoleni byli również pozostali mieszkańcy, bo za najważniejsze uznali to, że Domofon wykazał się uwagą, zachował przezorność i operatywność, a Hurkowicz sam powinien uprzedzić go, że zamierza przełazić przez balkon. Wszystko powinno się odbyć jak u cywilizowanych ludzi.
Jednak niedługo po tym wypadku, gdy nikt się tego nie spodziewał, a najmniej sam Minaj, jego stan zdrowia nagle się pogorszył i Domofon zaczął rzucać w sąsiedzkie okna wielkimi kamieniami wykrzykując przy tym: „Złodziej! Złodziej! Złodziej!”. Po Domofona przyjechał biały samochód, z którego wysiedli ludzie w białych fartuchach, zapakowali go do wozu i odjechali w sobie znanym kierunku. Domofon do domu już nie wrócił i tylko mąż Wandy Hurkowicz słyszał, że położyli go na sąsiednim oddziale, gdzie nadal pozostawał domofonem.
Od razu po tym zdarzeniu, mieszkańcy otrzymali długo oczekiwany domofon, i teraz, jak wszyscy cywilizowani ludzie, telefonowali po klamerki.
Każdy czas kiedyś mija. Ale nie ma gwarancji, że kolejny nie będzie jeszcze dziwniejszy od poprzedniego.


2007

Tekst w języku białoruskim znaleźć można w almanachu Belarus, Nowy Jork, 2007

niedziela, 2 września 2012

Kwas cytrynowy


Ani lemoniada w kieliszku zamiast szampana, ani pożyczona z maminej szafy biała sukienka, ani też pewna spontaniczność obrzędu, nie zdradzały, że miała jedenaście lat”.

Dokończył zdanie i odłożył długopis na bok. Pracował tylko nad nim, nie licząc się z czasem. Na to zdanie trzeba było czekać całe cztery lata, ale tym zupełnie się nie przejmował.
Cztery lata wcześniej odbyło się jego uroczyste przejście na pisarską emeryturę. Obecni na nim byli wszyscy, co do jednego, wydawcy, korektorzy, krytycy, koledzy po piórze, no i oczywiście tłum czytelników. W głównej sali ogromnej biblioteki świeciło mocne, sztuczne światło, które cały czas rozpraszało go i zbijało z tropu. Jedynym wymogiem,  jaki postawił organizatorom był brak jakichkolwiek pytań.
Planował odczytać fragmenty swoich opowiadań, zaczynając od ostatniego, a kończąc na debiutanckim. Gdy czytał przedostatni tekst, poczuł nagły ucisk serca i, pomimo protestów z jego strony, konieczne było udzielenie mu pomocy medycznej. Choć spotkanie zostało przerwane, jego najwierniejsi przyjaciele jeszcze przez długi czas nie chcieli się rozejść i zdecydowali się wrócić do domów dopiero gdy z ust ministra kultury usłyszeli zapewnienie, że pisarz znajduje się w rękach dobrych specjalistów. W szpitalu spędził tydzień, podczas którego zrobiono mu prawdopodobnie wszystkie badania, jakie znała współczesna medycyna. Pisarz protestował, jednak pod naciskiem swojego osobistego lekarza, musiał się zgodzić. Po paru dniach poprosił reprezentującego go agenta, by ten przekazał wszystkim zainteresowanym oświadczenie, w którym ogłosił, że nie będzie dłużej pisać, udzielać wywiadów i występować publicznie. To właśnie miał przekazać kończąc swój pożegnalny odczyt. Teraz był nawet zadowolony, że do dramatu artystycznego udało się dodać trochę dramatyzmu życiowego. Został wypisany bez wskazania przyczyny nagłego niedomagania. Widocznie nie pamiętając, że literat rzucił palenie już kilka ładnych lat temu, lekarz poradził mu natychmiast to uczynić. Pisarz wsiadł do taksówki i od razu poprosił kierowcę o papierosa, po czym z trudnym do opisania zadowoleniem wypalił go przy uchylonym oknie samochodu. Na progu długo szukał odpowiedniego klucza. Wewnątrz było cicho i przytulnie. Obok okna stał ogromny, dębowy stół. Pierwsze co zrobił, to postawił na nim sporej wielkości zaparzacz do kawy i niedużą, teraz przeznaczoną już nie tylko dla gości, popielniczkę. 
Te cztery lata minęły, jak trzy kawy, dwa papierosy i jedna drzemka. Jedyne co się przez ten czas zmieniło to to, że nie pisał, nie udzielał wywiadów i nie pokazywał się ludziom. Wszystko inne było jak dawniej. Z poranną pocztą przyszedł list od młodego literata, który przysłał mu do oceny swój pierwszy, duży tekst. Z początku pisarz zdziwił się, że agent przepuścił to przez swoje sito, wraz z listem gratulacyjnym z kancelarii i rocznym podsumowaniem sprzedaży, ale później wyszedł do ogrodu, usadowił się w hamaku i zaczął czytać. Dziełko nosiło tytuł „Podwójne widzenie” i opowiadało o młodym pisarzu któremu, z powodu śmiertelnej choroby, nie udaje się dokończyć książki, a jej ostatnie zdanie urywa się w półsłowa. Mój Boże, pomyślał, czyżby każdy musiał zaczynać z tego samego miejsca. To co przeczytał zupełnie mu się nie spodobało, jednak napisał autorowi odpowiedź: „Tekst niezły. Proszę się starać nie myśleć o śmierci i najlepiej w ogóle o niej nie pisać”. Wrócił do domu, żeby zrobić sobie kawę, ale w tym momencie usłyszał telefon.
- Dzień dobry, dzwonię z czasopisma… - usłyszał młody, dziewczęcy głos.
- Skąd pani ma mój numer? – powiedział zamiast przywitania.
- Pana agent… kazał powołać się na swoje nazwisko – odpowiedziała pełnym poczucia winy i przeczucia klęski głosem
- Wszystko u niego w porządku? – Zapytał nieoczekiwanie, także dla samego siebie, pisarz.
- Tak, oczywiście, wszystko dobrze – odpowiedziała dziewczyna, uśmiechając się nieśmiało do słuchawki – Proszę przyjąć w imieniu naszej redakcji gratulacje…
- Dziękuję – przerwał.
- Z tej okazji – kontynuowała z jeszcze większą nieśmiałością – kierownictwo zleciło mi przeprowadzenie z panem wywiadu.
- A mi, o ile dobrze rozumiem, zlecili jego udzielenie – zażartował bez gniewu w głosie.
- Proszę wybaczyć, miałam na myśli, że, poprosili mnie… to znaczy pana… o udzielenie wywiadu z okazji pańskiego jubileuszu.
Po tych słowach, pisarz odrzekł – A słyszała pani o moim oficjalnym oświadczeniu wydanym kilka lat temu?
- Nie, nie słyszałam – przyznała z poczuciem winy dziewczyna
- To proszę przyjeżdżać – zupełnie nieoczekiwanie dla rozmówczyni odpowiedział pisarz.
- Przyjadę – zakończyła dziewczyna i odłożyła słuchawkę.
Odsunął na bok popielniczkę, otworzył notatnik i zapisał: „Jej wieku nie można było określić nawet po głosie”.
Po paru godzinach pod dom zajechało auto. Na stole w ogrodzie stały już dwa kubki kawy, tak jakby dokładnie wiedział, kiedy przyjedzie. Zdawał sobie sprawę, że to niekulturalnie nie pozostawić jej wyboru, ale chociaż dotąd pijała kawę tylko rano, nie zauważyła w tym żadnego nietaktu.
Oznaki podniecenia dało się dostrzec jedynie na jej policzkach. Zarumieniły się, co bardzo przypadło mu do gustu. Dziś już mało kto potrafi się zawstydzić, pomyślał i zaproponował jej by usiadła. Tak też zrobiła, a on dostrzegł jakie ma zgrabne kolana.
- Pan mieszka sam? – zapytała, włączając jednocześnie dyktafon, który następnie położyła na stole.
- Proszę wyłączyć – powiedział i podał jej cukiernicę.
- Ale jak...? – zdziwiła się, ale natychmiast spełniła jego prośbę.
- Obiecałem więcej nie udzielać wywiadów, i jest to jedna z obietnic, której nadal udaje mi się dotrzymać.
- Ale przecież…
- Zaprosiłem tu panią nie po to – przerwał i przybrał łagodny wyraz twarzy, tak by zrekompensować to co wcześniej powiedział – Rozumie pani… - zrobił pauzę – Dzisiaj… - przerwał raz jeszcze – Nie chciałem być sam.
- Rozumiem – odpowiedziała dziewczyna – Wszystkiego najlepszego – dodała, zupełnie niezadowolona ze swoich ostatnich słów.
- Wie pani – zaczął – całkiem niedawno zrozumiałem, że nasze życie to tylko święta, rocznice, dni… a pomiędzy nimi wydaje się niczego nie być. Rozumie pani? I jeżeli wcześniej żyłem w przekonaniu, że pomiędzy tymi wszystkimi okazjami jest niekończące się oczekiwanie, to teraz uświadomiłem sobie, że i jego nie ma. Rozumie pani?
Jedyne co rozumiała to, że powinna teraz milczeć, i milczała, od czasu do czasu popijając z kubka ostygłą już kawę.
- Najdziwniejsze jest nie to, że uświadomiłem sobie ten fakt dopiero teraz, ale to, że gdybym nawet te cztery lata temu nie porzucił pisania i opowiedział o tym w swojej kolejnej książce, to i tak nie znalazłby się ani jeden człowiek, który mógłby zrozumieć to nie będąc w mojej skórze. A jeśli tak, to po co wcześniej odmawiałem sobie wszystkiego innego, oprócz pisania. Rozumie pani? – zapytał i powiódł ręką dookoła ogrodu.
W ogrodzie rosły wyłącznie nieduże drzewka. Nie były posadzone w rzędach, ani w żaden inny uporządkowany sposób. Dopiero teraz dziewczyna dostrzegła ogromną przewagę drzew cytrusowych.
- A propos, wyobraża pan sobie, że ja już od kilku lat piję kawę z cytryną? – powiedziała do, teraz, dla odmiany, całkiem zmieszanego pisarza – Ludzie piją herbatę z mlekiem, jedzą mięso z konfiturami, więc gdy raz spróbowałam kawy z sokiem cytrynowym, pomyślałam dlaczego by nie pić kawy z cytryną. Pan nigdy nie próbował? – zapytała.
Pisarz zawahał się nad odpowiedzią, ale po namyśle odrzekł: Niestety, nie mam już cytryn. W tym roku były kiepskie zbiory. Za to w poprzednim ogród cały był żółty. To usłyszawszy skrzywiła się od kwaśności samego wyobrażenia. Znów, jak wtedy na sali, ścisnęło mu się serce, ale potem ustąpiło i uspokoiło się. Trzymając się za nie zaśmiał się tak szczerze, jak nie śmiał się już od dawna. Przestała się krzywić i zaczęła śmiać się wraz z nim. Coś bardzo zabawnego było w tej sytuacji.
Rozmawiali w ogrodzie aż do wieczora. Na koniec poprosił, by odwiedzała go częściej i bez okazji.
- A co z wywiadem? – zapytała na odchodne.
- Wywiad… - zamyślił się – Wywiad pani napisze sama z tego o czym tutaj rozmawialiśmy… albo nie. Lepiej niech pani napisze go z głowy, tak jak go sobie pani wyobrażała, gdy do mnie jechała. A autoryzuję go, jak tylko otrzymam od pani tekst. Nawet nie. Daję autoryzację od razu, niezależnie co pani tam napisze będzie dobrze.
- Dziękuję – powiedziała znów się rumieniąc.
Po tym jak odprowadził ją do furtki, szybko, nie zważając na ból w stawach podbiegł do stołu, wyciągnął schowany za zaparzaczem notatnik i napisał: „Zamiast poczęstunku nowożeńcy mieli kwas cytrynowy, którego słodki smak, zapamiętał na całe swoje długie życie.”


2009

Tekst w oryginale znaleźć można w almanachu Belarus, Nowy Jork, 2009

Obrazy "Lemon wedge" i "Lemon murdered" są autorstwa Raymonda Logana i pochodzą z bloga artysty