poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Teatr


W pewnym kraju ludzie umiłowali sobie dwie rzeczy: chodzenie do teatru i otrzymywanie prezentów. Wyglądało to następująco. Najpierw, codziennie, szli do teatru, oglądali tam coś nowego, a później otrzymywali prezent. A dokładniej,  otrzymywali nie prezent, a karteczkę, na której było napisane, co to za rzecz. Problem polegał na tym, że nie wiedzieli, gdzie należy jej szukać. W ten sposób rozchodzili się po całej okolicy w poszukiwaniu swojego prezentu. Zdarzało się że, po całonocnych poszukiwaniach, prezent znajdowano w tym albo innym miejscu, a zdarzało się, że nie znajdowano go w ogóle. Czasami robił się straszliwy bałagan, bo ludzie znajdowali nie swoje prezenty, a potem wiedząc, co to za rzecz, nie chcieli zwrócić jej prawowitemu właścicielowi. Ludzie byli jednak dosyć szczęśliwi.

Pewnego dnia, gdy ludzie przyszli do teatru, żeby obejrzeć kolejny pokaz, ze sceny zwrócił się do nich zupełnie nieznany mężczyzna:

– Ludzie, bracia moi i siostry, wiem, co trzeba zrobić, żeby było lepiej! Ale o tym opowiem wam po pokazie.

Powiedziawszy to, nieznajomy zlazł ze sceny. Ludzie byli bardzo zdziwieni. Po pierwsze, jeszcze nigdy nie zdarzyło się, żeby ktoś ot tak po prostu właził na scenę i przemawiał, po drugie nie rozumieli, co to znaczy „zrobić, żeby było lepiej”. Najbardziej interesujące było to, że ludzie nie zdziwili się, co to za człowiek i skąd się w ogóle wziął.

Podczas pokazu w całym teatrze słychać było szept. Wszyscy zamiast oglądać jak zawsze spektakl, coś po cichu omawiali z sąsiadami. Wszystkich interesowało, co to znaczy „robić, żeby było lepiej”. Nie było osoby, która nie czekałaby na szybki koniec spektaklu. Takowa rzecz nigdy wcześniej się nie zdarzyła.

Gdy pokaz się skończył, na scenę wlazł ten sam mężczyzna i zaczął takimi słowy:

– Wszystkie nasze nieszczęścia pochodzą stąd, że nie wiemy, gdzie są nasze prezenty! Ale nadszedł koniec nieszczęścia! Ja wiem, co trzeba zrobić!

– „Co trzeba zrobić? Co trzeba zrobić? Co trzeba zrobić?” – zaniepokoili się wszyscy widzowie i zaciskając to zęby, to dłonie, to kolana, nie mogli się doczekać, kiedy usłyszą odpowiedź na to pytanie.

– Trzeba! – mówiąc to mężczyzna podniósł rękę do góry, a w sali zapanowała martwa cisza – trzeba, żeby na karteczce, na której napisano, jaki prezent dzisiaj otrzymujemy,  napisano też, gdzie należy go szukać!

Po kilku chwilach całkowitego milczenia w sali zabrzmiały oklaski. Klaskali wszyscy. Niektórzy wykrzykiwali „Słusznie!”, jeszcze inni „Trzeba!”, a niektórzy po kolei i pierwsze, i drugie. Od razu po tym wszyscy otrzymali karteczki, na których było napisane, jaki prezent otrzymali i gdzie należy go szukać. Wszyscy byli niebywale szczęśliwi, rozeszli się po okolicy do miejsc, gdzie czekały na nich prezenty. Jednak swoich prezentów i tak nie znaleźli.

Następnego dnia oburzeni ludzie wdarli się do teatru i czekali na wyjaśnienia, byli gotowi na wszystko. Na scenie zobaczyli tego samego mężczyznę, który poprzedniego dnia wywołał całe zamieszanie.

– Ludzie! – Jak poprzednio zaczął mężczyzna, – stało się coś niewiarygodnego. Nasze prezenty skradziono!
„Skradziono! Skradziono! Skradziono!” – rozniosło się po całej sali. – „Kto ukradł? Kto ukradł? Kto ukradł?” – Przetoczyła się druga fala.

– Pytanie polega nie na tym, kto ukradł, – powiedział mężczyzna, – a na tym, co robić, żeby to się więcej nie powtórzyło, – tu mężczyzna zrobił krótką pauzę – i ja wiem, jak to zrobić!

– „Co trzeba zrobić? Co trzeba zrobić? Co trzeba zrobić?” – znowu, jak i poprzedniego dnia zagrzmiał tłum.

– Trzeba, – mężczyzna podniósł rękę – żeby na karteczce, na której napisano, jaki prezent dzisiaj otrzymamy i gdzie go należy szukać, było też napisane, kto go ukradł! – Orator nagle opuścił rękę.

Od razu tego samego wieczoru odbyło się wręczenie karteczek, na których było napisane, jaki prezent i gdzie go szukać, a także kto go ukradł. Wszyscy byli tak podnieceni świeżo wprowadzonymi nowinkami, że nawet nie zauważyli, że zgodnie ze stałym porządkiem należałoby obejrzeć pokaz, którego zresztą i tak tego dnia nie było. Wyprawiwszy się na poszukiwania ludzie jednak znów niczego nie znaleźli.

Dzień później nie mniej oburzony tłum wdarł się do teatru, jednak tym razem obecnych było o wiele mniej. Jak i poprzednio ze sceny przemówił mężczyzna.

– Ja wiem, co trzeba zrobić…

Ta sama procedura powtórzyła się następnego dnia. I powtarzała się znów i znów, a w teatralnej sali zostawało z każdym dniem coraz mniej ludzi. Najdziwniejsze było to, że nikt już nie pamiętał ani o prezentach, ani tym bardziej o spektaklach. Teraz częścią spektaklu byli oni sami.

2006

Tekst w oryginale dostępny jest tutaj

wtorek, 10 kwietnia 2012

Dwa o jednym marzenia


Opowiem o dwóch pisarzach z jednego, niewielkiego kraju, gdzieś na peryferiach Europy. Łączyła ich nie tylko ojczyzna, ale również zainteresowanie nagrodą Nobla. Tak wyszło, że jeszcze nigdy żaden ich rodak nie został uhonorowany tą słynną literacką nagrodą. Fakt ten nie pozwalał narodowej literaturze „zająć poczesnego miejsca pośród innych nacji”, jak napisał kiedyś tamtejszy klasyk.

Pierwszy z pisarzy, świadomy swej misji i odpowiedzialności, zaczął robić wszystko, by tego Nobla w końcu otrzymać. Najpierw poznał i przekabacił wszystkich potencjalnych tłumaczy, którzy przekładali z jego języka, później wysłał swoje książki do wszystkich poważnych instytucji w Skandynawii, a także Rzymie, Paryżu, Londynie i Berlinie, następnie spróbował wejść w komitywę z wpływowymi profesorami literatury w Cambridge, Oxfordzie, na Sorbonie i, oczywiście, w Sztokholmie. W końcu przez nich spróbował, trzeba przyznać, że nie bez pewnego sukcesu, dotrzeć do niektórych członków tajnego jury, a nawet do samej rodziny królewskiej. Wszędzie gdzie zdarzało mu się bywać, opowiadał o palącym problemie niedoceniania wielkiej literatury jego narodu, o jego rozpaczliwej historii i tułaczym losie. By nie być gołosłownym, przy pierwszej nadarzającej się okazji, sam przyjął funkcję uchodźcy i opuścił kraj w głośnym geście protestu przeciw niechęci władz do podpisania międzynarodowej umowy o ochronie bernikly kanadyjskiej. Co więcej, pisarz przestudiował życiorysy wszystkich laureatów nagrody, sam przetłumaczył lub przyczynił się do przekładu na swój język ojczysty dzieł niemal połowy noblistów, napisał nawet poemat o tym jak w 1914 roku nagroda była już praktycznie przyznana jego krajanowi, autorowi niezapomnianych słów o  „poczesnym miejscu między narodami”, ale ujrzawszy jak zaognia się najgorszy ze wszystkich konfliktów w historii, zadecydowano po raz pierwszy nagrody nie wręczać. Utwór wieńczyły metafory o niesprawiedliwości i pechu, które były oczywistymi aluzjami sugerującymi konieczność i potrzebę naprawy przeszłości w teraźniejszości.

Drugi pisarz z tego samego kraju, wybrał całkowicie przeciwną taktykę. Pozostał w kraju i ze wszystkich sił swojej twórczej energii zaczął krytykować ideę wręczania nagrody Nobla. Na początek dokładnie przeanalizował biografię twórcy nagrody, Alfreda Nobla, w celu przedstawienia jego naukowej działalności w jak najgorszym świetle. W eseju pod tytułem „Nobel-Sznobel” pisarz zwrócił uwagę na aspekt etyczny wynalezienia dynamitu, najbardziej śmiercionośnej substancji wszech czasów. Skrytykowawszy fundatora nagrody, pisarz wdał się w werbalną wojnę z rodziną królewską, przedstawiając jej członków jako ostatnich oszustów i bezprzykładnych awanturników. Potem przeniósł uwagę czytelników na fakt upolitycznienia decyzji, które podejmował komitet, z dokładnym wyliczeniem wszystkich takich przypadków, i z nie mniej dokładnym przybliżeniem historycznego i politycznego kontekstu. Na końcu napisał wymyślony apel o przyznanie nagrody jemu samemu. Rozpoczął go przeglądem laureatów, którzy odmówili jej przyjęcia, a w dalszej treści zawarł osąd nieadekwatności aspiracji jednego, paromilionowego narodu, do kształtowania gustu literackiego całego świata.

Ktoś mógłby pomyśleć, że drugi pisarz, w odróżnieniu od pierwszego, nie chciał otrzymać nagrody Nobla. Gdzie tam! Obaj różnili się prawie we wszystkim, prócz jednego. Żaden z nich nigdy nie porzucił marzenia o jej otrzymaniu. Taka jest oto historia dwóch pisarzy z jednego, niewielkiego kraju, gdzieś na peryferiach Europy. A jaka będzie historia trzeciego i czwartego póki co nie wiedzieli jeszcze ani czytelnicy, ani komitet noblowski, ani sami pisarze.

Tekst w języku białoruskim