wtorek, 21 lutego 2012

Wolność Słowa


Kiedy masz 4 lata twoja wolność słowa ogranicza się do powiedzenia, kiedy chcesz siusiu. I nawet to czasem lepiej byłoby przemilczeć…
            Przedszkole to cały świat czteroletniego dziecka. Świat jak każdy inny - ze swoim społeczeństwem, władzą, więzieniami, środkami masowego przekazu, tajnymi służbami i strażnikami porządku. To tu wielka maszyna zaczyna urabiać małego człowieka do życia w dużym przedszkolu dorosłego życia. To często tutaj zaczyna się i kończy pierwszy Gułag…
            Do dziś mdli mnie na samo wspomnienie zapachu, który panował w naszych barakach. Do teraz odczuwam drżenie, gdy w wyobraźni przekraczam próg mojego dziecięcego obozu. Niezatarcie stoją mi przed oczyma twarze obozowych wartowniczek – przedszkolanek. Nawet w chwili, gdy piszę i czytam te słowa w żołądku coś się skręca i kurczy. To wspomnienie mojego przedszkola.
            Na samym początku ustawiają nas wszystkich w szereg, liczą, a potem zaganiają do pierwszego posiłku. Już tutaj przyuczają nas do sterczenia w niekończącej się kolejce, w której wszyscy się popychają, i włażą sobie na plecy. To tutaj nabieramy cierpliwości do spoconych ciał ocierających się o nas z przodu i z tyłu, ciał czekających na ciepły posiłek.                
            Kasza manna raczej nie przypomina tej niebiańskiej potrawy wymodlonej na pustyni. Nasza kasza ma niezliczone grudki, z których każda dusi zatykając gardło, zanim nie zostanie popchnięta przez następną. Niektóre dzieci łapczywie pochłaniają swoje porcje. Za brudny talerz, pani z kuchni może pacnąć brudną szmatą po twarzy. Z odruchem torsji, wpycham następną łyżeczkę, starając się nie zwymiotować. Obrzydzony do szpiku kości oddaję czysty talerz. Obok formuje się następna kolejka – tym razem po mleko. Przede mną i za mną jeszcze bardziej spocone, rozgrzane kaszką, ciała. Niektórym manna spływa po brodzie, innym po podkoszulkach i rękawach. Przychodzi moja kolej na kubek obleśnego, gorącego mleka. Kubek do mleka dla wszystkich jest jeden i ten sam. Panie w kuchni przed obiadem oszczędzają siły. Kubek jest ośliniony dziesiątkami ust, na obrzeżach wisi pianka powstała podczas gotowania. Znów chce mi się wymiotować. Mówię, że nie będę tego pił. Pani mnie pyta, dlaczego. Nie potrafiąc wytłumaczyć, z obrzydzeniem patrzę na kubek. W oczach pojawiają się pierwsze łzy. Pani zdaje się mnie nie rozumieć. Przystawia do moich ust gorący kubek, mleko zalewa mi brodę i podkoszulek. Kolejny odruch torsji. Tym razem to pani z obrzydzeniem cofa rękę i ze złością syczy: „następny”. 
            Tuż potem zajęcia. Nudne kolorowanie i liczenie. Tu nikogo nie obchodzi, że się nauczyłeś w domu czytać i trochę pisać. Masz kolorować jak każdy inny w tym stadzie baranów. I nie waż się robić niczego, co nie jest związane z kolorowaniem. Możesz swobodnie wbijać sobie kredkę do nosa i ucha, jak robi to twój sąsiad – Pavlik, lub obgryzać końcówki, jak czyni to mikroskopijna Jiuleczka, która siedzi za tobą, ale nie waż się otworzyć paszczy, szczeniaku. Pani Svietłana z surową miną wolnym krokiem przechadza się między rzędami. Jeśli nic nie pokolorowałeś, cichym głosem, żeby inne dzieci nie słyszały, nazywa cię debilem i szarpie za włosy. Koloruj, kolorujże wreszcie! – cedzi przez zaciśnięte zęby sadystyczna stara panna. 
             Po kolorowaniu przychodzi czas na liczenie. Ile będzie jeden patyczek dodać drugi patyczek? Ile to będzie Juraczko, ile to będzie? Juraczka stoi przy tablicy, i za żadną cholerę nie wie, o co chodzi podenerwowanej pani Svietłanie, która, mimo, że ma dzisiaj te dni, musi stać i trzymać przed Juraczką te durne trzy pałeczki. Ile to będzie debilu? - pani Svietłana nachyla się nad Juraczką, ściszając głos. Za chwile pałeczki spadną na podłogę, a głowa Juraczki odbije się od tablicy. Juraczka przypomina sobie często słyszane w domu słowo i rzuca je w stronę oburzonej pani Svietłany. Jego głowa jeszcze raz trzaska o tablicę. „Do kąta, gadzie!” – już nie ściszając głosu krzyczy roztrzęsiona przedszkolanka. Juraczka spuściwszy głowę idzie do kąta, a my siedzimy cicho jak myszy. Nikt nie chcę być kolejnym Juraczką.   
            Kiedy przychodzi czas na spacerek stado jest pospiesznie wyganiane do szatni. Tam wszyscy ubierają się w ciepłe rzeczy, bo za chwilę wylądujemy na dworze. Okropnie śmierdzi brudnymi skarpetkami i znoszonymi butami, wyściełanymi sztuczną ociepliną. Niektórym od pośpiechu z nosa ciekną zielone smarki. Próbuje ich nie zauważać. W korytarzu czekamy na tych, którzy nie nauczyli się jeszcze samodzielnie zakładać rękawiczek i wiązać sznurowadeł. Teraz każdy musi znaleźć sobie parę. Gorzej, jeśli jest to zasmarkany Żenia, który jakby celowo nie chce zauważyć tego, co ma pod nosem. Szybko znajduję kogoś, kto nie pluje, gdy mówi i komu nie zdążyły się jeszcze spocić ręce. Wszyscy parami wyłażą na plac zabaw. Dostrzegam karuzelę i na sam widok tego narzędzia tortur znów kręci mi się w głowie i chce wymiotować. Do końca spaceru staram się nie patrzeć w jej stronę. Chodzimy dookoła baraku. Stopy powoli zaczynają się kurczyć z zimna. Nie wiem jak wytrzymuje to Natasza, której rodzice przepili zimowe obuwie. Pożyczam jej swoje rękawiczki. W obozie staramy się jeden drugiemu pomagać. Inaczej byśmy tu nie przetrwali. Robimy już dziesiąte okrążenie. Jeśli zachciało ci się siusiać, to lepiej jest zlać się w spodnie, niż powiedzieć o tym pani Svietłanie. Wszyscy wiedzą, że ona nie chce o tym słyszeć.
            Po spacerze wracamy do baraku. To właśnie pora obiadowa uratowała nas od wychłodzenia. Do nozdrzy dociera zapach zepsutych warzyw – dziś będzie kapuśniak.  Przedtem musimy znaleźć swoje szafki na ubranie. Na każdej z nich jest naklejka, żeby debile nie pobłądziły. Na mojej jest arbuz. Szczerzy się do mnie w szyderczym uśmiechu, gdy ściągam przemoczone buty. Nagle dostaję po twarzy czyjąś mokrą i śmierdzącą skarpetką. To Rusłan - stoi i chichra się przekonany, że jego żart udał się wyśmienicie. Rozwścieczony podnoszę swojego ciężkiego buta i walę nim prosto w roześmianą mordę. Rusłan wrzeszcząc z bólu zwija się na podłodze. Z nosa cieknie mu krew. Pani Svietłana złowieszczo zbliża się do mnie. Wiem, że lepiej teraz nic nie mówić. Głową uderzam o szafkę, ciemnieje mi przed oczami. Przez migające gwiazdki widzę jak przedszkolanka zabiera Rusłana do pielęgniarki. Wiem, że każde moje słowo może ją z tej drogi zawrócić. Milczę.    
            Siedzę, patrząc w śmierdzący kapuśniak. Wybieram tłuste kawałki mięsa i przerzucam je wdzięcznemu za to Rusłanowi, którego po przymusowych przeprosinach i zgodzie posadzili obok mnie. Rusłan zapomniał już o nosie i z zadowoleniem siorbie kapuśniak. Wiem, że muszę zjeść zupę, bo drugie danie dostanę do tego samego talerza. Tłuczone ziemniaki rozpłyną się wówczas w kapuścianej brei. Zmuszając się zjadam do czysta. Do talerza na zupę dostaję ziemniaki i kotlet z mielonej wieprzowiny. Oddaje go Rusłanowi. Sam jem ziemniaki, które nie chcą przechodzić przez suche gardło. Ale choćby nie wiem co, nie popiję ich tym kisielem, który mi jednoznacznie coś przypomina.
            Po obiedzie następuje drzemka. Najpierw jednak stado idzie do toalety, żeby załatwić potrzeby fizjologiczne. Mało komu udaje się nie zasikać sobie rajstopek i kapci. Potem, cuchnący wchodzimy do sypialni i znajdujemy swoje łóżka. Ja śpię z czarnowłosą Lenką, która lubi, kiedy ją szczypię w tyłek. Wiem, że lubi, bo nigdy się nie skarży na to pani Svietłanie. Kiedy zapada zupełna cisza na sali słychać tylko głośne bąki tych, którym smakowały mielone. Dobrze, że wokół mnie i Lenki takich nie ma.            
            Śni mi się wiejska chata dziadków. Po środku izby stoi trumna. W niej leżę ja. Dookoła cała rodzina, wszyscy sąsiedzi, ksiądz proboszcz, ministranci trzymający w rękach dzwoneczki i czarnowłosa Lenka, która roni rzewne łzy na moje błyszczące buciki. Ku zdziwieniu wszystkich zgromadzonych nagle wyrzucam z ręki świeczkę, podnoszę się i siadam tak, by widziało mnie jak najwięcej ludzi. – Tak – zaczynam – a teraz słuchajcie mnie bardzo uważnie! I tu zaczynam swoje przemówienie. Wszyscy oniemiali i z wybałuszonymi oczami słuchają tego co mówię, uważnie wyłapują i analizują każde moje słowo, każdą pauzę i najmniejszą nawet zmianę intonacji. Sam dokładnie nie wiem, co mówię. Widzę tylko zasłuchane, zamarłe w skupieniu twarze. Widzę jak mocno się prężą, aby nic im nie umknęło. Duma rozpiera mnie od środka. Nareszcie, nareszcie wszyscy mnie słuchają. Nareszcie to ja mówię! I tutaj ku swojemu nieszczęściu zauważam, że z tłumu krewnych i sąsiadów, wysuwa się okryta czarną chustą pani Svietłana. Powolnym krokiem, nieustannie patrząc mi w oczy, zaczyna się do mnie zbliżać. Kiedy podchodzi bliżej, na oczach wszystkich zebranych pani Svietłana łapie mnie za ramię i mówi „Wstajemy”.     
„Wstajemy”- po raz kolejny rozbrzmiewa piskliwy, przywracający mnie do życia głos przedszkolanki. Czuję jak tarmosi moje ramię. „Wstajemy!” I jeszcze zaspany zdołam rzucić w jej stronę, podsłuchane u pijaka Liońki z naszego podwórka – „Idź w cholerę”, ale po chwili zdaję sobie sprawę, że to nie sen. I już jak na grzecznego przedszkolaka przystało zaczynam się nastrajać na czekające nas korowody, zabawy i podwieczorek.
            Kiedy późnym popołudniem mama zabiera mnie z przedszkola, uśmiechnięta pani Svietłana macha nam na pożegnanie. Ona dobrze wie, że nawet teraz będę milczał jak grób.

Tekst wygłoszony na seminarium dotyczącym wolności słowa, które odbyło się w dniach 4-5 grudnia 2007 roku na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz