czwartek, 27 grudnia 2012

Świadomość

W jednym niewielkim kraju zaczęły się wielkie problemy z wolnością. Najpierw zamknięto niezależne media, zabroniono wyjazdów za granicę i posiadania prywatnej własności. Później zlikwidowano piwo i muzykę. A po kilku latach umacniania się dyktatury zakazane było już wszystko – a właściwie – nic nie było dozwolone. Jedyną ostoją wolności dla każdego obywatela pozostawała jego własna głowa. Ludzie mieli szansę czuć się wolnymi wyłącznie w myślach. I wielu z niezadowolonych z takiej możliwości nawet korzystało. Myśleli sobie co chcieli, wyobrażali wszystko na co tylko pozwalała fantazja, marzyli o wszystkim o czym dało się pomarzyć. Wiele osób zachowało wewnętrzną wolność. Władze domyślały się tego, dążyły więc do skonstruowania maszyny skanującej mózgi. Po latach eksperymentów udało się ją stworzyć i uruchomić. W obawie przed prześladowaniem wyznawcy wolności starali się oduczyć obrazoburczych praktyk. Jednak nie dało się tak od razu porzucić myślenia. Krąg represji objął tych, którzy nie zerwali ze swoją wewnętrzną wolnością. Maszyny skanujące pracowały bezustannie, ujawniając ostatnie niedobitki przeciwników dyktatury. Człowiek jednak to takie niezwykłe stworzenie, które potrafi przystosować się do dowolnych warunków o wiele lepiej od kameleona. Z czasem ludzie nauczyli się wierzyć w kłamstwo. Nawet gdy się z jakimś spotykali, potrafili tak umiejętnie przekonać samych siebie, że to co słyszą jest prawdą, że żadna maszyna nie mogła dostrzec w tym kantu. Gdy z trybun krzyczano, że w ich kraju jest najwięcej wolności, ten kto rozumiał, że to bzdura, od razu wmawiał sobie, że to święta prawda i już sam był gotów, by przekonywać do niej innych. A dokonać tego można było jedynie wierząc w kłamstwo. Jedyną bodaj przyjemnością pozostawała świadomość, że maszynę myśli można oszukać. Ludzie podzielili się zatem na świadomych i nieświadomych, jednak ani ci pierwsi, ani drudzy, nie ośmielali się o tym pomyśleć. Władza przekonana była, że odczytuje myśli swoich obywateli i była z tego bardzo zadowolona. Obywatele byli nie mniej zadowoleni, bo wiedzieli, że sprytnie oszukują władzę. Niezadowolonych w tym kraju już nie było. 

 Almanach Belarus, Nowy Jork, 2012

wtorek, 11 grudnia 2012

Książka-żart


Pewien literat, zapytany nad czym obecnie pracuje, oświadczył, że pisze książkę-żart. Wieść ta dotarła z kolei do innego literata, którym aż zatrzęsło, gdy się o tym dowiedział. Zaczął usilnie wytężać umysł, próbując rozgryźć, co też takiego może tworzyć tamten pisarz. Czy to przypadkiem nie o nim będzie ten żart? Literat gubił się w domysłach i całymi nocami nie mógł zmrużyć oka. Dosłownie chodził po ścianach, nie mogąc dociec jaką to podłość, jakiż to raptem figiel, jakiego rodzaju dowcip szykuje kolega-drań po piórze. Hen, hen daleko, na granicy obłędu, niespodziewanie dostrzegł przebłysk. Przebłysk iście genialny w swej prostocie. „Napiszę tę książkę szybciej od niego!” – postanowił literat. „Prześcignę go, tym bardziej, że mam już pełno różnych materiałów. Wystarczy to i owo odświeżyć, przejrzeć to co już opublikowane, przekartkować nieopublikowane, a wówczas przegonienie go nie będzie zbyt trudne. Nie czekając do rana literat z natchnieniem wziął się do pracy, rwał, miotał, parskał, pisał tak niestrudzenie, że jego książka gotowa była następnego dnia wieczorem. Autor przesłał dzieło do wydawnictwa, z którym stale współpracował i z poczuciem spełnionego obowiązku, a i nie bez pewnej dozy słodyczy zwycięstwa, zapadł w końcu w błogi sen. Widocznie z racji ogromnego wysiłku, literat spał bardzo długo, tak długo, że gdy się w końcu obudził, jego książka była już wydana. Pisarz włączył telewizję, w której zazwyczaj omawiano różne kulturalne nowinki, a gdy zobaczył to, co zobaczył, najpierw ze zdumienia przetarł oczy. Na ekranie znów ujrzał znienawidzonego kolegę pisarza.
- Więc kiedy doczekamy się obiecanej książki-żartu? – dopytywał prowadzący program.
- A po co czekać? – niejednoznacznie uśmiechnął się literat – Wszystko napisano już przed nami!

środa, 14 listopada 2012

Chłopięcy sen

Pewnemu chłopcu raz przyśniło się, że wybił oko koleżance z podwórka, i że pójdzie za to siedzieć do poprawczaka. Radości nie było końca, gdy rano zrozumiał, że był to tylko zły sen. Następnej nocy śniło mu się, że wbija nóż w plecy nauczycielce, która zapowiedziała, że zostawi go na drugi rok w tej samej klasie. Po przebudzeniu znów odetchnął z ulgą. Kamień spadł mu z serca także wtedy, gdy się obudził i przypomniał sobie, że we śnie groziła mu kara śmierci za podłożenie w centrum miasta bomby własnej roboty. Z czasem chłopiec przyzwyczaił się do swoich koszmarów, a nawet nauczył się w pewien sposób je kontrolować. Bójki, gwałty, zabójstwa, a nawet konsekwencje związane z wykryciem, nie przerażały już jego nocnych wcieleń. Gdy chłopca prowadzili na rozstrzelanie ciągle jeszcze myślał, że oto zaraz, za chwilkę, na pewno się obudzi. 

Tekst w języku białoruskim znaleźć można w almanachu Belarus, Nowy Jork, 2012

środa, 31 października 2012

Drzewo poznania


Nad brzegiem jeziora rosło odmienne od innych drzewko – dzika jabłoń. „Wszystkie drzewa zwyczajnie rosną sobie w sadzie, w lesie czy chociażby przy drodze, a ja co…” – myślało. „Jedne dają owoce, inne cień i wytchnienie, jeszcze inne piękno. Nawet te, które idą na deski czy opał jakoś się przydają” – rozważała jabłoń, nijak nie mogąc dostrzec swojego przeznaczenia. Mijały lata, a trzeba pamiętać, że dla drzew są one dłuższe niż dla ludzi, jabłonka wyrosła, wypełniła się sokami, rozkwitła niczym panienka w najlepsze lata swej młodości, a ciągle jeszcze nie poznała odpowiedzi na najważniejsze pytanie – jaki jest cel jej żywota. Raz, a było to w czasie, gdy cała pokryta była białym kwieciem, poczuła, jak coś szamoce się na jednej z jej gałęzi. Zaczęła więc rozchylać ukwiecone pędy, aż na jednej z nich dostrzegła ptaka.  
- Rrrajskie drzrzrzewo – odezwał się ptak.
Słowa te zirytowały jabłoń. Po chwili ptak odezwał się ponownie:
- Pierrrwsze drzrzrzewo – jeszcze mniej jasno przemówił ptak.
- Nie, mylisz mnie  z kimś. Ja jestem zwykła dzika jabłonka, która rośnie nad brzegiem jeziora – odpowiedziało drzewo.
- Każde drzrzrzewo jest zwyczajne, dopóki nie wyda owoców poznania.
- Owoców poznania? – zapytała jabłoń.
- Owoców, które otwierają oczy – ciągnął swą tajemniczą mowę ptak.
- A jak wydać taki owoc? – zainteresowała się jabłonka.
- Pokorrrą! – wyskrzeczał ptak, nagle podrywając się do lotu.
- Czym, czym? – dopytywała jabłoń.
- …rrrą! – zdołała jeszcze usłyszeć.
Wysłuchawszy tajemniczej ptasiej opowieści o owocu poznania, jabłoń myślała już tylko o tym, jak wydać takie cudo.
Dniami i nocami starała się wyhodować owoc, który otwiera oczy. Jednak obojętnie jak się starała, na jej gałązkach nie rosło nic prócz kwaśnych, zielonych jabłek. Nadchodziła jesień i jabłonka zaczęła już tracić nadzieję, że kiedyś wyrośnie na niej owoc poznania, o którym, miała wrażenie, tak dawno mówił jej ptak. Jabłoń gorzko zapłakała, a ponieważ drzewa nie mają łez, płakała swoimi listkami. Przez pewien czas woda u brzegu jeziora zasłana była nimi niczym dywanem.
Gdy opadł już ostatni liść, jabłoń poczuła, jak po jej pniu pełznie coś śliskiego i zimnego. Był to wąż. Dopełzł do samej prawie korony, usadowił się jak mógł najwygodniej, po czym zwrócił się do jabłonki następującymi słowami:
- Sssmuciszsz sssię, dzika jabłonko? – wysyczał wąż.
Jabłoń z początku zdziwiła się, że gad dostrzegł jej smutek, ale potem pożaliła się z goryczą:
- Nikt nie chce rwać moich jabłek… są kwaśne. Choćbym nie wiem jak się starała, nikomu nie otworzą oczu.
- Jak ty chceszszsz otwierać innym oczy, skoro sssama maszszsz je zamknięte? – zapytał wąż.
Jabłonka zastanowiła się, po czym spytała:
- Co to znaczy, że sama mam zamknięte oczy?
- Rajssskich owoców poznania nie zobaczyszszsz, dopóki nie otworzyszszsz ssswych oczu na wszszszechśśświat – metaforycznie przemówił wąż i zaczął pełznąć w dół pnia.
- Wszechświat? – powtórzyła niezrozumiałe dla siebie słowo jabłonka.
- Nim zobaczysz koniec, ujrzyj początek.
- Co, co? – dopytywała jabłonka widząc, że wąż znika tam skąd przybył.
- Raj-sss! – usłyszała jeszcze ostatnie głosy węża.
Długo myślała jabłonka nad tymi słowami. Ich sens był jednak dla niej zbyt niejasny. Noce zaczynały być naprawdę mroźne, a jabłoń wciąż jeszcze rozmyślała nad tym, co miał na myśli wąż. W końcu, gdy prawie straciła nadzieję, smutno spojrzała na dół, w toń jeziora i nagle doznała olśnienia.
Na gładkiej tafli zobaczyła swoje czyste, niczym nieskalane, odbicie.
- Jaka jestem zadziwiająca, jaka piękna – powiedziała na głos i pomyślała, że teraz naprawdę otworzyły jej się oczy i jest już gotowa, by pomóc otworzyć je innym.
Niedługo po tym woda w jeziorze zamarzła, lód okrył się grubą warstwą śniegu i nastała długa zima.
Wiosną jabłonkę ścieli, z konarów zbili krzyż, narzucili nań łachmany i postawili w ogrodzie. Teraz jabłoń była strachem na wróble. Zamiast odnaleźć swoje przeznaczenie, to przeznaczenie odnalazło ją. Nie została nigdy drzewem poznania, jak nie zostanie nim żadne drzewo, które własnych korzeni w przezroczystej wodzie rozpoznać nie może.

LIM №20 (4666) 18 May 2012

Autorką wycinanki jest Volga Baburyna


poniedziałek, 17 września 2012

Minaj Domofon


Był taki dziwny czas, a może znowu nie taki dziwny, no ale na pewno o wiele dziwniejszy niż inne, gdy we wszystkich blokach zapanowała moda na zakładanie domofonów. Już niemal w każdej klatce schodowej w naszym niedużym, ale i nie małym, mieście korzystano z dobrodziejstw tego sprytnego wynalazku, a mieszkańcy pozostałych im zazdrościli. A zazdrościć było czego. W bramach z domofonami klatki były czyste, nie odbywały się w nich już, jak to było wcześniej, wieczne libacje i hulanki miejscowych pijaków; były to również klatki bezpieczne, do których dostać się złodziejowi było o wiele trudniej; no i w końcu domofon można było wykorzystywać jako telefon – skończył się czas, gdy, zapomniawszy klamerek do prania, trzeba było na całe osiedle wydzierać gardło, by ktoś w mieszkaniu na siódmym piętrze usłyszał, i jeszcze rzucił te nieszczęsne klamerki na dół. Dlatego wszystkie bramy można było podzielić na takie, które już domofony miały, te, w których właśnie je zainstalowano oraz te, w którym miało to lada moment nastąpić. No, może z wyjątkiem jednej.

W jednej bramie ani nie było domofonu, ani nie trwał proces jego instalacji, ani nie planowano go zakładać. Chociaż, planować to może kiedyś tam planowano, ale na przeszkodzie całego projektu stanął jeden człowiek – Minaj. By można było zainstalować domofon potrzebna była zgoda wszystkich mieszkańców danej klatki schodowej. To co wszędzie udawało się uzyskać szybko i bez żadnych problemów, w tym przypadku okazało się niewykonalne. Tam, niczym kość w gardle, stał Minaj, który mówił, że w jego bramie tego gówna nie będzie.
Minaj był emerytem i pijakiem, albo raczej, pijakiem na emeryturze, człowiekiem nie posiadającym żadnego zajęcia, a tym bardziej zainteresowań, chyba, że za takie uznać picie. Cały dzień Minaj spędzał na ławce pod blokiem i był zdania, że dopóki on tam jest „to na jakiego chuja ten domofon?” „Domofon – to ja – powiedział na zebraniu mieszkańców Minaj – i żadnego innego nam nie potrzeba”. Od tej chwili tak też zaczęto go nazywać – Minaj Domofon, albo po prostu Domofon. Nie mogąc znaleźć na Minaja żadnego sposobu, mieszkańcy szybko przyzwyczaili się do tego, że ich domofon był żywy i stale przesiadywał na ławce przed domem, od rana do wieczora, a zdarzało się, że i od wieczora do rana. Na początku, oczywiście, bardzo przeżywali, że ich domofon jest inny niż wszystkie, i że nie nadaje się do roli telefonu, przez co znowu będzie trzeba wydzierać się na całą dzielnicę, żeby ktoś zrzucił te cholerne klamerki. Z czasem jednak, cała sprawa przycichła i ludzie do swojego specyficznego domofonu, można powiedzieć, przywykli.
Zdarzyło się nawet, że Minaj dowiódł, iż jest domofonem najlepszym z możliwych. By na darmo nie wspinać się na pierwsze piętro, gdzie mieściło się jego mieszkanie, poszedł wysikać się za dom. Tam zobaczył jak na trzecim piętrze, z balkonu na balkon, przeskakuje złodziej. Długo się nie zastanawiając złapał grubą sztachetę, którą podparte były drzwi do szklarni Wandy Hurkowicz, i cisnął nią w złodzieja, a zrobił to tak sprawnie i celnie, że ta trafiła go prosto w łeb. Rabuś zawisł na poręczy balkonu, zakołysał się kilka razy i gruchnął o ziemię tak, że aż Minajowi w uszach zadzwoniło. Dopiero potem okazało się, że to nie był żaden złodziej, a mąż samej Wandy Hurkowicz z trzeciego piętra, i że nie szedł on grabić sąsiadów, ale przechodził z mieszkania sąsiada do swojego własnego, ponieważ pani Wanda zapomniała zostawić dla niego klucz pod wycieraczką. Co więcej, sztacheta okazała się nie tylko sztachetą podtrzymującą drzwi do szklarni Wandy Hurkowicz, ale i całą szklarnię, a wyrwanie jej musiało wiązać się z niewyobrażalną siłą, której Minajowi, w ekstremalnej sytuacji, jak widać, nie zabrakło. Teraz mąż pani Wandy leżał w szpitalu i miał tam spędzić przynajmniej dwa najbliższe miesiące, dopóki nie pozrastają się wszystkie jego pogruchotane kości. Leżał także cały tegoroczny urodzaj Wandy Hurkowicz, bo zawalając się, szklarnia połamała wszystkie sadzonki które tak starannie pielęgnowała. Leżał też Minaj, na swojej ławce, cały zadowolony z siebie i swojego sprytu. Zadowoleni byli również pozostali mieszkańcy, bo za najważniejsze uznali to, że Domofon wykazał się uwagą, zachował przezorność i operatywność, a Hurkowicz sam powinien uprzedzić go, że zamierza przełazić przez balkon. Wszystko powinno się odbyć jak u cywilizowanych ludzi.
Jednak niedługo po tym wypadku, gdy nikt się tego nie spodziewał, a najmniej sam Minaj, jego stan zdrowia nagle się pogorszył i Domofon zaczął rzucać w sąsiedzkie okna wielkimi kamieniami wykrzykując przy tym: „Złodziej! Złodziej! Złodziej!”. Po Domofona przyjechał biały samochód, z którego wysiedli ludzie w białych fartuchach, zapakowali go do wozu i odjechali w sobie znanym kierunku. Domofon do domu już nie wrócił i tylko mąż Wandy Hurkowicz słyszał, że położyli go na sąsiednim oddziale, gdzie nadal pozostawał domofonem.
Od razu po tym zdarzeniu, mieszkańcy otrzymali długo oczekiwany domofon, i teraz, jak wszyscy cywilizowani ludzie, telefonowali po klamerki.
Każdy czas kiedyś mija. Ale nie ma gwarancji, że kolejny nie będzie jeszcze dziwniejszy od poprzedniego.


2007

Tekst w języku białoruskim znaleźć można w almanachu Belarus, Nowy Jork, 2007

niedziela, 2 września 2012

Kwas cytrynowy


Ani lemoniada w kieliszku zamiast szampana, ani pożyczona z maminej szafy biała sukienka, ani też pewna spontaniczność obrzędu, nie zdradzały, że miała jedenaście lat”.

Dokończył zdanie i odłożył długopis na bok. Pracował tylko nad nim, nie licząc się z czasem. Na to zdanie trzeba było czekać całe cztery lata, ale tym zupełnie się nie przejmował.
Cztery lata wcześniej odbyło się jego uroczyste przejście na pisarską emeryturę. Obecni na nim byli wszyscy, co do jednego, wydawcy, korektorzy, krytycy, koledzy po piórze, no i oczywiście tłum czytelników. W głównej sali ogromnej biblioteki świeciło mocne, sztuczne światło, które cały czas rozpraszało go i zbijało z tropu. Jedynym wymogiem,  jaki postawił organizatorom był brak jakichkolwiek pytań.
Planował odczytać fragmenty swoich opowiadań, zaczynając od ostatniego, a kończąc na debiutanckim. Gdy czytał przedostatni tekst, poczuł nagły ucisk serca i, pomimo protestów z jego strony, konieczne było udzielenie mu pomocy medycznej. Choć spotkanie zostało przerwane, jego najwierniejsi przyjaciele jeszcze przez długi czas nie chcieli się rozejść i zdecydowali się wrócić do domów dopiero gdy z ust ministra kultury usłyszeli zapewnienie, że pisarz znajduje się w rękach dobrych specjalistów. W szpitalu spędził tydzień, podczas którego zrobiono mu prawdopodobnie wszystkie badania, jakie znała współczesna medycyna. Pisarz protestował, jednak pod naciskiem swojego osobistego lekarza, musiał się zgodzić. Po paru dniach poprosił reprezentującego go agenta, by ten przekazał wszystkim zainteresowanym oświadczenie, w którym ogłosił, że nie będzie dłużej pisać, udzielać wywiadów i występować publicznie. To właśnie miał przekazać kończąc swój pożegnalny odczyt. Teraz był nawet zadowolony, że do dramatu artystycznego udało się dodać trochę dramatyzmu życiowego. Został wypisany bez wskazania przyczyny nagłego niedomagania. Widocznie nie pamiętając, że literat rzucił palenie już kilka ładnych lat temu, lekarz poradził mu natychmiast to uczynić. Pisarz wsiadł do taksówki i od razu poprosił kierowcę o papierosa, po czym z trudnym do opisania zadowoleniem wypalił go przy uchylonym oknie samochodu. Na progu długo szukał odpowiedniego klucza. Wewnątrz było cicho i przytulnie. Obok okna stał ogromny, dębowy stół. Pierwsze co zrobił, to postawił na nim sporej wielkości zaparzacz do kawy i niedużą, teraz przeznaczoną już nie tylko dla gości, popielniczkę. 
Te cztery lata minęły, jak trzy kawy, dwa papierosy i jedna drzemka. Jedyne co się przez ten czas zmieniło to to, że nie pisał, nie udzielał wywiadów i nie pokazywał się ludziom. Wszystko inne było jak dawniej. Z poranną pocztą przyszedł list od młodego literata, który przysłał mu do oceny swój pierwszy, duży tekst. Z początku pisarz zdziwił się, że agent przepuścił to przez swoje sito, wraz z listem gratulacyjnym z kancelarii i rocznym podsumowaniem sprzedaży, ale później wyszedł do ogrodu, usadowił się w hamaku i zaczął czytać. Dziełko nosiło tytuł „Podwójne widzenie” i opowiadało o młodym pisarzu któremu, z powodu śmiertelnej choroby, nie udaje się dokończyć książki, a jej ostatnie zdanie urywa się w półsłowa. Mój Boże, pomyślał, czyżby każdy musiał zaczynać z tego samego miejsca. To co przeczytał zupełnie mu się nie spodobało, jednak napisał autorowi odpowiedź: „Tekst niezły. Proszę się starać nie myśleć o śmierci i najlepiej w ogóle o niej nie pisać”. Wrócił do domu, żeby zrobić sobie kawę, ale w tym momencie usłyszał telefon.
- Dzień dobry, dzwonię z czasopisma… - usłyszał młody, dziewczęcy głos.
- Skąd pani ma mój numer? – powiedział zamiast przywitania.
- Pana agent… kazał powołać się na swoje nazwisko – odpowiedziała pełnym poczucia winy i przeczucia klęski głosem
- Wszystko u niego w porządku? – Zapytał nieoczekiwanie, także dla samego siebie, pisarz.
- Tak, oczywiście, wszystko dobrze – odpowiedziała dziewczyna, uśmiechając się nieśmiało do słuchawki – Proszę przyjąć w imieniu naszej redakcji gratulacje…
- Dziękuję – przerwał.
- Z tej okazji – kontynuowała z jeszcze większą nieśmiałością – kierownictwo zleciło mi przeprowadzenie z panem wywiadu.
- A mi, o ile dobrze rozumiem, zlecili jego udzielenie – zażartował bez gniewu w głosie.
- Proszę wybaczyć, miałam na myśli, że, poprosili mnie… to znaczy pana… o udzielenie wywiadu z okazji pańskiego jubileuszu.
Po tych słowach, pisarz odrzekł – A słyszała pani o moim oficjalnym oświadczeniu wydanym kilka lat temu?
- Nie, nie słyszałam – przyznała z poczuciem winy dziewczyna
- To proszę przyjeżdżać – zupełnie nieoczekiwanie dla rozmówczyni odpowiedział pisarz.
- Przyjadę – zakończyła dziewczyna i odłożyła słuchawkę.
Odsunął na bok popielniczkę, otworzył notatnik i zapisał: „Jej wieku nie można było określić nawet po głosie”.
Po paru godzinach pod dom zajechało auto. Na stole w ogrodzie stały już dwa kubki kawy, tak jakby dokładnie wiedział, kiedy przyjedzie. Zdawał sobie sprawę, że to niekulturalnie nie pozostawić jej wyboru, ale chociaż dotąd pijała kawę tylko rano, nie zauważyła w tym żadnego nietaktu.
Oznaki podniecenia dało się dostrzec jedynie na jej policzkach. Zarumieniły się, co bardzo przypadło mu do gustu. Dziś już mało kto potrafi się zawstydzić, pomyślał i zaproponował jej by usiadła. Tak też zrobiła, a on dostrzegł jakie ma zgrabne kolana.
- Pan mieszka sam? – zapytała, włączając jednocześnie dyktafon, który następnie położyła na stole.
- Proszę wyłączyć – powiedział i podał jej cukiernicę.
- Ale jak...? – zdziwiła się, ale natychmiast spełniła jego prośbę.
- Obiecałem więcej nie udzielać wywiadów, i jest to jedna z obietnic, której nadal udaje mi się dotrzymać.
- Ale przecież…
- Zaprosiłem tu panią nie po to – przerwał i przybrał łagodny wyraz twarzy, tak by zrekompensować to co wcześniej powiedział – Rozumie pani… - zrobił pauzę – Dzisiaj… - przerwał raz jeszcze – Nie chciałem być sam.
- Rozumiem – odpowiedziała dziewczyna – Wszystkiego najlepszego – dodała, zupełnie niezadowolona ze swoich ostatnich słów.
- Wie pani – zaczął – całkiem niedawno zrozumiałem, że nasze życie to tylko święta, rocznice, dni… a pomiędzy nimi wydaje się niczego nie być. Rozumie pani? I jeżeli wcześniej żyłem w przekonaniu, że pomiędzy tymi wszystkimi okazjami jest niekończące się oczekiwanie, to teraz uświadomiłem sobie, że i jego nie ma. Rozumie pani?
Jedyne co rozumiała to, że powinna teraz milczeć, i milczała, od czasu do czasu popijając z kubka ostygłą już kawę.
- Najdziwniejsze jest nie to, że uświadomiłem sobie ten fakt dopiero teraz, ale to, że gdybym nawet te cztery lata temu nie porzucił pisania i opowiedział o tym w swojej kolejnej książce, to i tak nie znalazłby się ani jeden człowiek, który mógłby zrozumieć to nie będąc w mojej skórze. A jeśli tak, to po co wcześniej odmawiałem sobie wszystkiego innego, oprócz pisania. Rozumie pani? – zapytał i powiódł ręką dookoła ogrodu.
W ogrodzie rosły wyłącznie nieduże drzewka. Nie były posadzone w rzędach, ani w żaden inny uporządkowany sposób. Dopiero teraz dziewczyna dostrzegła ogromną przewagę drzew cytrusowych.
- A propos, wyobraża pan sobie, że ja już od kilku lat piję kawę z cytryną? – powiedziała do, teraz, dla odmiany, całkiem zmieszanego pisarza – Ludzie piją herbatę z mlekiem, jedzą mięso z konfiturami, więc gdy raz spróbowałam kawy z sokiem cytrynowym, pomyślałam dlaczego by nie pić kawy z cytryną. Pan nigdy nie próbował? – zapytała.
Pisarz zawahał się nad odpowiedzią, ale po namyśle odrzekł: Niestety, nie mam już cytryn. W tym roku były kiepskie zbiory. Za to w poprzednim ogród cały był żółty. To usłyszawszy skrzywiła się od kwaśności samego wyobrażenia. Znów, jak wtedy na sali, ścisnęło mu się serce, ale potem ustąpiło i uspokoiło się. Trzymając się za nie zaśmiał się tak szczerze, jak nie śmiał się już od dawna. Przestała się krzywić i zaczęła śmiać się wraz z nim. Coś bardzo zabawnego było w tej sytuacji.
Rozmawiali w ogrodzie aż do wieczora. Na koniec poprosił, by odwiedzała go częściej i bez okazji.
- A co z wywiadem? – zapytała na odchodne.
- Wywiad… - zamyślił się – Wywiad pani napisze sama z tego o czym tutaj rozmawialiśmy… albo nie. Lepiej niech pani napisze go z głowy, tak jak go sobie pani wyobrażała, gdy do mnie jechała. A autoryzuję go, jak tylko otrzymam od pani tekst. Nawet nie. Daję autoryzację od razu, niezależnie co pani tam napisze będzie dobrze.
- Dziękuję – powiedziała znów się rumieniąc.
Po tym jak odprowadził ją do furtki, szybko, nie zważając na ból w stawach podbiegł do stołu, wyciągnął schowany za zaparzaczem notatnik i napisał: „Zamiast poczęstunku nowożeńcy mieli kwas cytrynowy, którego słodki smak, zapamiętał na całe swoje długie życie.”


2009

Tekst w oryginale znaleźć można w almanachu Belarus, Nowy Jork, 2009

Obrazy "Lemon wedge" i "Lemon murdered" są autorstwa Raymonda Logana i pochodzą z bloga artysty

piątek, 8 czerwca 2012

Gol do własnej bramki


Zaryzykuję stwierdzenie, że większość poglądów kształtuje się w dzieciństwie. Niekiedy odbywa się to w piaskownicy, czasem na huśtawce, a kiedy indziej na stadionie. Najpierw grałem sam na sam z bramą garażową. Trochę później poznałem sąsiada z drugiego piętra, który na długie lata stał się moim najlepszym przyjacielem. Przez długi czas graliśmy jeden na jednego, z jedną bramką na nas dwóch. Gdy rodzice w końcu pozwolili nam opuszczać granice naszego podwórka i przechodzić przez wyasfaltowaną jezdnię, zaczęliśmy codziennie chodzić na stadion. Tam poznaliśmy innych amatorów futbolu i prawie dzień w dzień, oprócz całych miesięcy w których na stadionie zalegał śnieg, graliśmy na nim prawdziwe piłkarskie mecze. Graliśmy zawsze podwórko przeciwko podwórku. Innych składów nie mogliśmy, a nawet nie chcieliśmy stwarzać. Wiedziałem jak gra mój przyjaciel, on wiedział jak gram ja, nauczyliśmy się wyczuwać naszych pozostałych kolegów, rozumieliśmy, że razem tworzymy pełną wspólnotę. W drużynie byli i lepsi i gorsi zawodnicy, ale to była podwórkowa drużyna, której, tak jak rodziców i ojczyzny, się nie wybiera. Taki podział wydawał się być sprawiedliwym i naturalnym. Zdarzały się dni, że siedzieliśmy na stadionie od rana do wieczora, nic dziwnego więc, że przegapiliśmy budowę w naszej okolicy kilku nowych bloków. Spostrzegliśmy to dopiero gdy na stadionie pojawili się nowi chłopcy. Byli to przesiedleńcy z czarnobylskiej zony. Ponieważ byli przyjezdni, to nie utożsamiali się z żadnym podwórkiem, co spowodowało pewne zamieszanie w naszych starych porządkach. Nowi chętnie dołączali to do jednej, to do drugiej drużyny, aż nasz dawny podział zaczął zanikać. W zasadzie teraz dzieliliśmy się na silniejszych i słabszych. Podwórkowa solidarność z czasem całkowicie zniknęła. Co prawda, ja i mój przyjaciel staraliśmy się zawsze trafiać do jednej grupy. Jaki sens ma drużyna do której może trafić każdy obcy, choćby nawet i doskonały piłkarz – wątpię czy kiedykolwiek to zrozumiem.


Tekst w języku białoruskim

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Teatr


W pewnym kraju ludzie umiłowali sobie dwie rzeczy: chodzenie do teatru i otrzymywanie prezentów. Wyglądało to następująco. Najpierw, codziennie, szli do teatru, oglądali tam coś nowego, a później otrzymywali prezent. A dokładniej,  otrzymywali nie prezent, a karteczkę, na której było napisane, co to za rzecz. Problem polegał na tym, że nie wiedzieli, gdzie należy jej szukać. W ten sposób rozchodzili się po całej okolicy w poszukiwaniu swojego prezentu. Zdarzało się że, po całonocnych poszukiwaniach, prezent znajdowano w tym albo innym miejscu, a zdarzało się, że nie znajdowano go w ogóle. Czasami robił się straszliwy bałagan, bo ludzie znajdowali nie swoje prezenty, a potem wiedząc, co to za rzecz, nie chcieli zwrócić jej prawowitemu właścicielowi. Ludzie byli jednak dosyć szczęśliwi.

Pewnego dnia, gdy ludzie przyszli do teatru, żeby obejrzeć kolejny pokaz, ze sceny zwrócił się do nich zupełnie nieznany mężczyzna:

– Ludzie, bracia moi i siostry, wiem, co trzeba zrobić, żeby było lepiej! Ale o tym opowiem wam po pokazie.

Powiedziawszy to, nieznajomy zlazł ze sceny. Ludzie byli bardzo zdziwieni. Po pierwsze, jeszcze nigdy nie zdarzyło się, żeby ktoś ot tak po prostu właził na scenę i przemawiał, po drugie nie rozumieli, co to znaczy „zrobić, żeby było lepiej”. Najbardziej interesujące było to, że ludzie nie zdziwili się, co to za człowiek i skąd się w ogóle wziął.

Podczas pokazu w całym teatrze słychać było szept. Wszyscy zamiast oglądać jak zawsze spektakl, coś po cichu omawiali z sąsiadami. Wszystkich interesowało, co to znaczy „robić, żeby było lepiej”. Nie było osoby, która nie czekałaby na szybki koniec spektaklu. Takowa rzecz nigdy wcześniej się nie zdarzyła.

Gdy pokaz się skończył, na scenę wlazł ten sam mężczyzna i zaczął takimi słowy:

– Wszystkie nasze nieszczęścia pochodzą stąd, że nie wiemy, gdzie są nasze prezenty! Ale nadszedł koniec nieszczęścia! Ja wiem, co trzeba zrobić!

– „Co trzeba zrobić? Co trzeba zrobić? Co trzeba zrobić?” – zaniepokoili się wszyscy widzowie i zaciskając to zęby, to dłonie, to kolana, nie mogli się doczekać, kiedy usłyszą odpowiedź na to pytanie.

– Trzeba! – mówiąc to mężczyzna podniósł rękę do góry, a w sali zapanowała martwa cisza – trzeba, żeby na karteczce, na której napisano, jaki prezent dzisiaj otrzymujemy,  napisano też, gdzie należy go szukać!

Po kilku chwilach całkowitego milczenia w sali zabrzmiały oklaski. Klaskali wszyscy. Niektórzy wykrzykiwali „Słusznie!”, jeszcze inni „Trzeba!”, a niektórzy po kolei i pierwsze, i drugie. Od razu po tym wszyscy otrzymali karteczki, na których było napisane, jaki prezent otrzymali i gdzie należy go szukać. Wszyscy byli niebywale szczęśliwi, rozeszli się po okolicy do miejsc, gdzie czekały na nich prezenty. Jednak swoich prezentów i tak nie znaleźli.

Następnego dnia oburzeni ludzie wdarli się do teatru i czekali na wyjaśnienia, byli gotowi na wszystko. Na scenie zobaczyli tego samego mężczyznę, który poprzedniego dnia wywołał całe zamieszanie.

– Ludzie! – Jak poprzednio zaczął mężczyzna, – stało się coś niewiarygodnego. Nasze prezenty skradziono!
„Skradziono! Skradziono! Skradziono!” – rozniosło się po całej sali. – „Kto ukradł? Kto ukradł? Kto ukradł?” – Przetoczyła się druga fala.

– Pytanie polega nie na tym, kto ukradł, – powiedział mężczyzna, – a na tym, co robić, żeby to się więcej nie powtórzyło, – tu mężczyzna zrobił krótką pauzę – i ja wiem, jak to zrobić!

– „Co trzeba zrobić? Co trzeba zrobić? Co trzeba zrobić?” – znowu, jak i poprzedniego dnia zagrzmiał tłum.

– Trzeba, – mężczyzna podniósł rękę – żeby na karteczce, na której napisano, jaki prezent dzisiaj otrzymamy i gdzie go należy szukać, było też napisane, kto go ukradł! – Orator nagle opuścił rękę.

Od razu tego samego wieczoru odbyło się wręczenie karteczek, na których było napisane, jaki prezent i gdzie go szukać, a także kto go ukradł. Wszyscy byli tak podnieceni świeżo wprowadzonymi nowinkami, że nawet nie zauważyli, że zgodnie ze stałym porządkiem należałoby obejrzeć pokaz, którego zresztą i tak tego dnia nie było. Wyprawiwszy się na poszukiwania ludzie jednak znów niczego nie znaleźli.

Dzień później nie mniej oburzony tłum wdarł się do teatru, jednak tym razem obecnych było o wiele mniej. Jak i poprzednio ze sceny przemówił mężczyzna.

– Ja wiem, co trzeba zrobić…

Ta sama procedura powtórzyła się następnego dnia. I powtarzała się znów i znów, a w teatralnej sali zostawało z każdym dniem coraz mniej ludzi. Najdziwniejsze było to, że nikt już nie pamiętał ani o prezentach, ani tym bardziej o spektaklach. Teraz częścią spektaklu byli oni sami.

2006

Tekst w oryginale dostępny jest tutaj

wtorek, 10 kwietnia 2012

Dwa o jednym marzenia


Opowiem o dwóch pisarzach z jednego, niewielkiego kraju, gdzieś na peryferiach Europy. Łączyła ich nie tylko ojczyzna, ale również zainteresowanie nagrodą Nobla. Tak wyszło, że jeszcze nigdy żaden ich rodak nie został uhonorowany tą słynną literacką nagrodą. Fakt ten nie pozwalał narodowej literaturze „zająć poczesnego miejsca pośród innych nacji”, jak napisał kiedyś tamtejszy klasyk.

Pierwszy z pisarzy, świadomy swej misji i odpowiedzialności, zaczął robić wszystko, by tego Nobla w końcu otrzymać. Najpierw poznał i przekabacił wszystkich potencjalnych tłumaczy, którzy przekładali z jego języka, później wysłał swoje książki do wszystkich poważnych instytucji w Skandynawii, a także Rzymie, Paryżu, Londynie i Berlinie, następnie spróbował wejść w komitywę z wpływowymi profesorami literatury w Cambridge, Oxfordzie, na Sorbonie i, oczywiście, w Sztokholmie. W końcu przez nich spróbował, trzeba przyznać, że nie bez pewnego sukcesu, dotrzeć do niektórych członków tajnego jury, a nawet do samej rodziny królewskiej. Wszędzie gdzie zdarzało mu się bywać, opowiadał o palącym problemie niedoceniania wielkiej literatury jego narodu, o jego rozpaczliwej historii i tułaczym losie. By nie być gołosłownym, przy pierwszej nadarzającej się okazji, sam przyjął funkcję uchodźcy i opuścił kraj w głośnym geście protestu przeciw niechęci władz do podpisania międzynarodowej umowy o ochronie bernikly kanadyjskiej. Co więcej, pisarz przestudiował życiorysy wszystkich laureatów nagrody, sam przetłumaczył lub przyczynił się do przekładu na swój język ojczysty dzieł niemal połowy noblistów, napisał nawet poemat o tym jak w 1914 roku nagroda była już praktycznie przyznana jego krajanowi, autorowi niezapomnianych słów o  „poczesnym miejscu między narodami”, ale ujrzawszy jak zaognia się najgorszy ze wszystkich konfliktów w historii, zadecydowano po raz pierwszy nagrody nie wręczać. Utwór wieńczyły metafory o niesprawiedliwości i pechu, które były oczywistymi aluzjami sugerującymi konieczność i potrzebę naprawy przeszłości w teraźniejszości.

Drugi pisarz z tego samego kraju, wybrał całkowicie przeciwną taktykę. Pozostał w kraju i ze wszystkich sił swojej twórczej energii zaczął krytykować ideę wręczania nagrody Nobla. Na początek dokładnie przeanalizował biografię twórcy nagrody, Alfreda Nobla, w celu przedstawienia jego naukowej działalności w jak najgorszym świetle. W eseju pod tytułem „Nobel-Sznobel” pisarz zwrócił uwagę na aspekt etyczny wynalezienia dynamitu, najbardziej śmiercionośnej substancji wszech czasów. Skrytykowawszy fundatora nagrody, pisarz wdał się w werbalną wojnę z rodziną królewską, przedstawiając jej członków jako ostatnich oszustów i bezprzykładnych awanturników. Potem przeniósł uwagę czytelników na fakt upolitycznienia decyzji, które podejmował komitet, z dokładnym wyliczeniem wszystkich takich przypadków, i z nie mniej dokładnym przybliżeniem historycznego i politycznego kontekstu. Na końcu napisał wymyślony apel o przyznanie nagrody jemu samemu. Rozpoczął go przeglądem laureatów, którzy odmówili jej przyjęcia, a w dalszej treści zawarł osąd nieadekwatności aspiracji jednego, paromilionowego narodu, do kształtowania gustu literackiego całego świata.

Ktoś mógłby pomyśleć, że drugi pisarz, w odróżnieniu od pierwszego, nie chciał otrzymać nagrody Nobla. Gdzie tam! Obaj różnili się prawie we wszystkim, prócz jednego. Żaden z nich nigdy nie porzucił marzenia o jej otrzymaniu. Taka jest oto historia dwóch pisarzy z jednego, niewielkiego kraju, gdzieś na peryferiach Europy. A jaka będzie historia trzeciego i czwartego póki co nie wiedzieli jeszcze ani czytelnicy, ani komitet noblowski, ani sami pisarze.

Tekst w języku białoruskim

wtorek, 13 marca 2012

Łunochody* literatury


W dzieciństwie księżycowy łazik był chyba moją jedyną zabawką sensu stricte. Gadżet bawił mnie niezbyt długo. Wkrótce poczułem chęć dostania się do jego środka i przyjrzenia się z bliska wewnętrznym mechanizmom. Myślę, że nietrudno zgadnąć czym takie majstrowanie się skończyło.

Niczego ciekawego w bebechach łunochoda nie znalazłem, jednak cały mój entuzjazm do mechanicznych zabawek przeminął wówczas raz na zawsze. Dorośli zawsze w takich przypadkach dziwią się jak można brać się do rozkładania takiego skomplikowanego urządzenia, skoro nie potrafi się go potem złożyć do kupy. Ja z kolei dziwię się dorosłym, którzy sądzą, że dzieci rozbierają rzeczy na drobne elementy po to by je potem poskładać.  
Minęły lata, a ja dowiedziałem się, że podobną czynnością zajmują się nie tylko dzieciaki, ale również dorośli panowie, z tą różnicą, że nie nazywa się już tego psotami, a dekonstrukcją. Zabawę rozpoczął Jacques Derrida w 1967 roku – trzy lata przed lądowaniem łazika na księżycu. Za jej podstawę posłużyła opisana przez niemieckiego filozofa Martina Heideggera, w dziele „Bycie i czas”, dekonstrukcja, która skłaniała do rewizji współczesnych poglądów na tradycję. Dekonstrukcja zachęcała do krytycznego czytania tekstów literatury i filozofii, tak by możliwe było odnalezienie obluzowanych cegieł, które mogłyby posłużyć do zakwestionowania fundamentów konstrukcji całego dzieła, przede wszystkim elementów sprzecznych z intencją autora. Dlatego w myśl tej teorii każdy tekst posiada tak zwane aporie, niezgodność empirii z teorią, a co za tym idzie różne, czasem sprzeczne znaczenia lub wielość możliwych interpretacji. Dekonstrukcja, w moim odczuciu, jest swoistym wtargnięciem do pokoju autora z intencją obnażenia wszystkich jego (pokoju, a nie autora czy całej posiadłości) niedoskonałości. I znów nasuwa się oczywiste pytanie – po co te zabiegi?

Zarówno Heidegger jak i Derrida wyraźnie zaznaczają, że nie ma mowy o żadnym wandalizmie. Obaj twierdzą, że aby ich koncepcje były skuteczne, muszą nieść ze sobą twórczy charakter. Dekonstrukcjonizm to przede wszystkim pojęcie teoretyczne, a nie metodologia niszczenia. Mimo to bez problemu można wskazać autorów, którzy uczynili z dekonstrukcji naczelną zasadę swojej twórczości, na długo przed tym jak filozofowie ulepili z niej zręczną koncepcję. Chociażby James Joyce, dekonstruktor irlandzkiej rzeczywistości, czy Witold Gombrowicz, deformator podstaw tradycyjnej polskości. Dwóch wygnańców, którzy w pewnym momencie nie zawahali się rzucić wyzwania podstawom systemów wartości, które ich ukształtowały. Zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie rozpatrywał ich twórczość w kategoriach zdrady, herezji i egoizmu, jednak tylko ślepy i głuchy nie przyzna, że raz rzuciwszy wyzwanie systemom, zdołali je przezwyciężyć. Dokonali tego dzięki temu, że nigdy nie ograniczyli się wyłącznie do burzenia starych podstaw, ale przede wszystkim dążyli do stworzenia nowych form i konstrukcji, które swoją żywotnością, zaświadczyły o ich przewadze nad poprzedniczkami. Inny Irlandczyk-zwycięzca, Samuel Beckett przestrzega jednak: „Być artystą znaczy przegrywać, i to przegrywać jak nikt inny, porażka to świat artysty”. Bratnia mogiła artystów,  którzy swoje bitwy przegrali jest wszak głęboka i szeroka.

Po rozłożeniu łunochoda, jeszcze długo starałem się przekonać dorosłych, że jego poszczególne elementy świetnie nadadzą się na zabawki choinkowe. Nie udało mi się jednak i niegdysiejszy księżycowy łazik szybko trafił na śmietnik. Ostatni sygnał Łunochod wysłał na ziemię 14 września 1971 roku, jednak oficjalnie spisano go na straty dopiero 4 października, sztucznie przeciągając moment jego odejścia do rocznicy wystrzelenia Sputnika 1. Żyjemy w epoce łazików marsjańskich i lotami na księżyc nikogo już nie zadziwisz.


* Radziecka zabawka z lat 70-tych, wzorowana na bezzałogowym, sterowanym z Ziemi pojeździe przeznaczonym do badań Księżyca. Więcej na http://pl.wikipedia.org/wiki/Łunochod

Tekst w języku białoruskim

poniedziałek, 27 lutego 2012

Czego brakuje Białorusi?


Czego brakuje Białorusi? Może godnych, życzliwych i poczciwych ludzi? No nie.
Gór brakuje, na które mógłby wdrapać się nasz człowiek. Stanąłby bliżej nieba, rozejrzał dookoła i zobaczył, że jak kraj długi i szeroki, wszystkie wioski, miasta i miasteczka pełne są godnych, życzliwych i poczciwych ludzi.
Czego więc brak Białorusi? Języka zapewne? Jest przecież i język! Brakuje oceanu, wzdłuż brzegu którego mógłby przejść się nasz człowiek, by poczuć jego bezkres, bogactwo i głębię, by usłyszał przyjemny szum fal i zanurkował w ich spienionym pięknie.
Więc czego brakuje Białorusi? Zdaje się, że historii. Nie. Piramid, może – takich, których ani czas, ani wojna, ani żaden kataklizm nie ruszy. Nasz człowiek mógłby patrzeć na nie jak na dowód tego, że i on miał kiedyś dziadka, więc i wnuk po nim będzie żył kiedyś.
Czego zatem brak Białorusi? Czyżby woli, prawdy, wiary? Raczej słońca, które ogrzewałoby wiarę, ozłacało prawdę, dodawało woli.
Czego brakuje Białorusi? Na pewno wolności. Wolności, i tylko jej. Wolności, która pozwoliłaby zrozumieć, że Białorusi niczego, prócz wolności owej, nie brakuje. Wolności, dzięki której Białoruś dostrzegłaby, że godni, życzliwi i poczciwi ludzie to jej wysokie góry. Wolności, dzięki której usłyszałaby, że jej wzburzonym oceanem jest język.
Drewniane chaty dziadów to jej majestatyczne piramidy. W oczach staruszek mieszka jej słońce, wespół z wolą, prawdą i wiarą.
Brakuje tylko wolności, ale ta wszak zawsze zaczyna się i kończy w środku. A czyż nie każdy z nas ma swoje wnętrze? Choćby poobijane, choćby pokaleczone, czy nawet wywrócone… ale to zawsze jakieś wnętrze.
Czego więcej zatem brakuje Białorusi, niż samej siebie tylko?

Tekst w języku białoruskim oraz czeskim

wtorek, 21 lutego 2012

Wolność Słowa


Kiedy masz 4 lata twoja wolność słowa ogranicza się do powiedzenia, kiedy chcesz siusiu. I nawet to czasem lepiej byłoby przemilczeć…
            Przedszkole to cały świat czteroletniego dziecka. Świat jak każdy inny - ze swoim społeczeństwem, władzą, więzieniami, środkami masowego przekazu, tajnymi służbami i strażnikami porządku. To tu wielka maszyna zaczyna urabiać małego człowieka do życia w dużym przedszkolu dorosłego życia. To często tutaj zaczyna się i kończy pierwszy Gułag…
            Do dziś mdli mnie na samo wspomnienie zapachu, który panował w naszych barakach. Do teraz odczuwam drżenie, gdy w wyobraźni przekraczam próg mojego dziecięcego obozu. Niezatarcie stoją mi przed oczyma twarze obozowych wartowniczek – przedszkolanek. Nawet w chwili, gdy piszę i czytam te słowa w żołądku coś się skręca i kurczy. To wspomnienie mojego przedszkola.
            Na samym początku ustawiają nas wszystkich w szereg, liczą, a potem zaganiają do pierwszego posiłku. Już tutaj przyuczają nas do sterczenia w niekończącej się kolejce, w której wszyscy się popychają, i włażą sobie na plecy. To tutaj nabieramy cierpliwości do spoconych ciał ocierających się o nas z przodu i z tyłu, ciał czekających na ciepły posiłek.                
            Kasza manna raczej nie przypomina tej niebiańskiej potrawy wymodlonej na pustyni. Nasza kasza ma niezliczone grudki, z których każda dusi zatykając gardło, zanim nie zostanie popchnięta przez następną. Niektóre dzieci łapczywie pochłaniają swoje porcje. Za brudny talerz, pani z kuchni może pacnąć brudną szmatą po twarzy. Z odruchem torsji, wpycham następną łyżeczkę, starając się nie zwymiotować. Obrzydzony do szpiku kości oddaję czysty talerz. Obok formuje się następna kolejka – tym razem po mleko. Przede mną i za mną jeszcze bardziej spocone, rozgrzane kaszką, ciała. Niektórym manna spływa po brodzie, innym po podkoszulkach i rękawach. Przychodzi moja kolej na kubek obleśnego, gorącego mleka. Kubek do mleka dla wszystkich jest jeden i ten sam. Panie w kuchni przed obiadem oszczędzają siły. Kubek jest ośliniony dziesiątkami ust, na obrzeżach wisi pianka powstała podczas gotowania. Znów chce mi się wymiotować. Mówię, że nie będę tego pił. Pani mnie pyta, dlaczego. Nie potrafiąc wytłumaczyć, z obrzydzeniem patrzę na kubek. W oczach pojawiają się pierwsze łzy. Pani zdaje się mnie nie rozumieć. Przystawia do moich ust gorący kubek, mleko zalewa mi brodę i podkoszulek. Kolejny odruch torsji. Tym razem to pani z obrzydzeniem cofa rękę i ze złością syczy: „następny”. 
            Tuż potem zajęcia. Nudne kolorowanie i liczenie. Tu nikogo nie obchodzi, że się nauczyłeś w domu czytać i trochę pisać. Masz kolorować jak każdy inny w tym stadzie baranów. I nie waż się robić niczego, co nie jest związane z kolorowaniem. Możesz swobodnie wbijać sobie kredkę do nosa i ucha, jak robi to twój sąsiad – Pavlik, lub obgryzać końcówki, jak czyni to mikroskopijna Jiuleczka, która siedzi za tobą, ale nie waż się otworzyć paszczy, szczeniaku. Pani Svietłana z surową miną wolnym krokiem przechadza się między rzędami. Jeśli nic nie pokolorowałeś, cichym głosem, żeby inne dzieci nie słyszały, nazywa cię debilem i szarpie za włosy. Koloruj, kolorujże wreszcie! – cedzi przez zaciśnięte zęby sadystyczna stara panna. 
             Po kolorowaniu przychodzi czas na liczenie. Ile będzie jeden patyczek dodać drugi patyczek? Ile to będzie Juraczko, ile to będzie? Juraczka stoi przy tablicy, i za żadną cholerę nie wie, o co chodzi podenerwowanej pani Svietłanie, która, mimo, że ma dzisiaj te dni, musi stać i trzymać przed Juraczką te durne trzy pałeczki. Ile to będzie debilu? - pani Svietłana nachyla się nad Juraczką, ściszając głos. Za chwile pałeczki spadną na podłogę, a głowa Juraczki odbije się od tablicy. Juraczka przypomina sobie często słyszane w domu słowo i rzuca je w stronę oburzonej pani Svietłany. Jego głowa jeszcze raz trzaska o tablicę. „Do kąta, gadzie!” – już nie ściszając głosu krzyczy roztrzęsiona przedszkolanka. Juraczka spuściwszy głowę idzie do kąta, a my siedzimy cicho jak myszy. Nikt nie chcę być kolejnym Juraczką.   
            Kiedy przychodzi czas na spacerek stado jest pospiesznie wyganiane do szatni. Tam wszyscy ubierają się w ciepłe rzeczy, bo za chwilę wylądujemy na dworze. Okropnie śmierdzi brudnymi skarpetkami i znoszonymi butami, wyściełanymi sztuczną ociepliną. Niektórym od pośpiechu z nosa ciekną zielone smarki. Próbuje ich nie zauważać. W korytarzu czekamy na tych, którzy nie nauczyli się jeszcze samodzielnie zakładać rękawiczek i wiązać sznurowadeł. Teraz każdy musi znaleźć sobie parę. Gorzej, jeśli jest to zasmarkany Żenia, który jakby celowo nie chce zauważyć tego, co ma pod nosem. Szybko znajduję kogoś, kto nie pluje, gdy mówi i komu nie zdążyły się jeszcze spocić ręce. Wszyscy parami wyłażą na plac zabaw. Dostrzegam karuzelę i na sam widok tego narzędzia tortur znów kręci mi się w głowie i chce wymiotować. Do końca spaceru staram się nie patrzeć w jej stronę. Chodzimy dookoła baraku. Stopy powoli zaczynają się kurczyć z zimna. Nie wiem jak wytrzymuje to Natasza, której rodzice przepili zimowe obuwie. Pożyczam jej swoje rękawiczki. W obozie staramy się jeden drugiemu pomagać. Inaczej byśmy tu nie przetrwali. Robimy już dziesiąte okrążenie. Jeśli zachciało ci się siusiać, to lepiej jest zlać się w spodnie, niż powiedzieć o tym pani Svietłanie. Wszyscy wiedzą, że ona nie chce o tym słyszeć.
            Po spacerze wracamy do baraku. To właśnie pora obiadowa uratowała nas od wychłodzenia. Do nozdrzy dociera zapach zepsutych warzyw – dziś będzie kapuśniak.  Przedtem musimy znaleźć swoje szafki na ubranie. Na każdej z nich jest naklejka, żeby debile nie pobłądziły. Na mojej jest arbuz. Szczerzy się do mnie w szyderczym uśmiechu, gdy ściągam przemoczone buty. Nagle dostaję po twarzy czyjąś mokrą i śmierdzącą skarpetką. To Rusłan - stoi i chichra się przekonany, że jego żart udał się wyśmienicie. Rozwścieczony podnoszę swojego ciężkiego buta i walę nim prosto w roześmianą mordę. Rusłan wrzeszcząc z bólu zwija się na podłodze. Z nosa cieknie mu krew. Pani Svietłana złowieszczo zbliża się do mnie. Wiem, że lepiej teraz nic nie mówić. Głową uderzam o szafkę, ciemnieje mi przed oczami. Przez migające gwiazdki widzę jak przedszkolanka zabiera Rusłana do pielęgniarki. Wiem, że każde moje słowo może ją z tej drogi zawrócić. Milczę.    
            Siedzę, patrząc w śmierdzący kapuśniak. Wybieram tłuste kawałki mięsa i przerzucam je wdzięcznemu za to Rusłanowi, którego po przymusowych przeprosinach i zgodzie posadzili obok mnie. Rusłan zapomniał już o nosie i z zadowoleniem siorbie kapuśniak. Wiem, że muszę zjeść zupę, bo drugie danie dostanę do tego samego talerza. Tłuczone ziemniaki rozpłyną się wówczas w kapuścianej brei. Zmuszając się zjadam do czysta. Do talerza na zupę dostaję ziemniaki i kotlet z mielonej wieprzowiny. Oddaje go Rusłanowi. Sam jem ziemniaki, które nie chcą przechodzić przez suche gardło. Ale choćby nie wiem co, nie popiję ich tym kisielem, który mi jednoznacznie coś przypomina.
            Po obiedzie następuje drzemka. Najpierw jednak stado idzie do toalety, żeby załatwić potrzeby fizjologiczne. Mało komu udaje się nie zasikać sobie rajstopek i kapci. Potem, cuchnący wchodzimy do sypialni i znajdujemy swoje łóżka. Ja śpię z czarnowłosą Lenką, która lubi, kiedy ją szczypię w tyłek. Wiem, że lubi, bo nigdy się nie skarży na to pani Svietłanie. Kiedy zapada zupełna cisza na sali słychać tylko głośne bąki tych, którym smakowały mielone. Dobrze, że wokół mnie i Lenki takich nie ma.            
            Śni mi się wiejska chata dziadków. Po środku izby stoi trumna. W niej leżę ja. Dookoła cała rodzina, wszyscy sąsiedzi, ksiądz proboszcz, ministranci trzymający w rękach dzwoneczki i czarnowłosa Lenka, która roni rzewne łzy na moje błyszczące buciki. Ku zdziwieniu wszystkich zgromadzonych nagle wyrzucam z ręki świeczkę, podnoszę się i siadam tak, by widziało mnie jak najwięcej ludzi. – Tak – zaczynam – a teraz słuchajcie mnie bardzo uważnie! I tu zaczynam swoje przemówienie. Wszyscy oniemiali i z wybałuszonymi oczami słuchają tego co mówię, uważnie wyłapują i analizują każde moje słowo, każdą pauzę i najmniejszą nawet zmianę intonacji. Sam dokładnie nie wiem, co mówię. Widzę tylko zasłuchane, zamarłe w skupieniu twarze. Widzę jak mocno się prężą, aby nic im nie umknęło. Duma rozpiera mnie od środka. Nareszcie, nareszcie wszyscy mnie słuchają. Nareszcie to ja mówię! I tutaj ku swojemu nieszczęściu zauważam, że z tłumu krewnych i sąsiadów, wysuwa się okryta czarną chustą pani Svietłana. Powolnym krokiem, nieustannie patrząc mi w oczy, zaczyna się do mnie zbliżać. Kiedy podchodzi bliżej, na oczach wszystkich zebranych pani Svietłana łapie mnie za ramię i mówi „Wstajemy”.     
„Wstajemy”- po raz kolejny rozbrzmiewa piskliwy, przywracający mnie do życia głos przedszkolanki. Czuję jak tarmosi moje ramię. „Wstajemy!” I jeszcze zaspany zdołam rzucić w jej stronę, podsłuchane u pijaka Liońki z naszego podwórka – „Idź w cholerę”, ale po chwili zdaję sobie sprawę, że to nie sen. I już jak na grzecznego przedszkolaka przystało zaczynam się nastrajać na czekające nas korowody, zabawy i podwieczorek.
            Kiedy późnym popołudniem mama zabiera mnie z przedszkola, uśmiechnięta pani Svietłana macha nam na pożegnanie. Ona dobrze wie, że nawet teraz będę milczał jak grób.

Tekst wygłoszony na seminarium dotyczącym wolności słowa, które odbyło się w dniach 4-5 grudnia 2007 roku na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu 

Chmura znaczników pod hasłem Białoruś

Mickiewicz, traktor „Biełaruś, kołchoz, Łukaszenka, „Grodno”, tania wódka, dziewczyny na wysokich obcasach, lodówka „Mińsk”, kresy, dyktatura, Kościuszko”, „Czarnobyl”... Tak dziś wygląda niewielka, ale w znacznej mierze radioaktywna chmura tagów z hasłem Białoruś po środku.
 Chmura znaczników to hasła-linki ułożone w kształcie obłoków, a wielkość tych linków zależy od ważności lub popularności danego znacznika. Jeśli weźmiemy pod uwagę mapę prognozy pogody na dziś lub na najbliższy tydzień, zobaczymy że nad terytorium Republiki Białoruś rozciągneły się duże czarne chmury z napisem „Łukaszenka”, „dyktatura”, i tylko tu i ówdzie, czekają nas pewne przejaśnienia. Ci nieliczni, którzy trafiają na Białoruś przyjeżdzając z innych państw niewątpliwie dodadzą do swojej listy znaczników hasła: „dobre drogi”, „słodzone mleko”, „czarny chleb”, „czyste ulice”, „czekoladowe cukierki”, „zaorane pola”, „komuna”. Powiem więcej, ci bardziej zmęczeni życiem w kapitalizmie i krytycznie nastawieni wobec państw rodzimych, ponadto dodadzą też znacznik: „nie jest tak źle jak mówią”. Jest to jednak dosyć niebezpieczna, i zapewne nie jedyna pułapka, czyhająca na zagranicznego gościa.



Otóż jak wytłumaczyć współczesnemu człowiekowi rozmaite białoruskie anomalia pogodowe? Na przykład to, że prezydent Białorusi tępi język białoruski, że ulice miast sławią imiona ludzi związanych z mordem setek tysięcy naszych dziadów i pradziadów, że na terenach skażonych strontem i cezem uprawia się żyto, które później przeoblicza się w ciało i krew białoruskich rodzin, że jadąc fragmentem stołecznej obwodnicy jedziemy po trupach. Jak wyłumaczyć wiele innych kataklizmów występujących na terenie państwa Białoruś? Z drugiej strony żyjemy w świecie ponowoczesności, w realiach natłoku ogromnej ilości faktów docierających z różnych zakątków świata. Uproszczenia są więc często jedynym możliwym skrótem, na drodze przyswojenia informacji. Nasze otoczenie znamy często wyłącznie z przyspieszonej animacji z napisem „bez komentarza”, w okamgnieniu przefruwające deszcze, migające światła samochodów, ulice i tłumy ludzi podobne do mrowisk, trzęsienia ziemi i tsunami utrwalone w parusekundowym fleszu, początki i końce, czasem ze środkiem, ale już bez wypełnienia... Co począć jednak tym którzy szukają właśnie tego wypełnienia, a nie ogólnych koordynatów? Najpierw należałoby pójść wszerz i dodać do naszej listy nowe znaczniki, dajmy na to: „Jan Barszczewski”, „Wielkie Księstwo Litewskie”, „placki ziemniaczane”, „Polesie”, „Vasil Bykau”, „Moniuszko”, „Jazep Drazdovicz”, „zamki Radziwiłów”, „kurhany”, „drewniane chaty”, „Dniepr” i „Dźwina”, „Puszcza Białowieska”, „Ludzie z bagien”, „Pogoń”, „Bitwa pod Orszą”, „Połock” i „Barowliany”. Białoruskie niebo, to wszak obraz wielce charakterystyczny, przedstawiający duże spiętrzone, pojedyncze i oddzielone od siebie białe obłoki, po kres wypełniające błękitny horyzont zlewający się z płaskim, lub lekko pagórkowatym zielonym pastwiskiem.
Jeśli wrócić do terminologii komputerowej, to po kliknięciu na taki obłok zbliżamy się do niego by zdać sobie sprawę, że ten kryje w sobie tysiące mniejszych obłoków, odcieni i linii. I tylko wówczas nasza droga przechodzi z płaszczyzny „wszerz” do wymiaru „w głąb”. Dopiero wtedy, napotykając mapę pełną skrzyżowań i rozgałęzień,  dowiadujemy się, że Wielkie Księstwo Litewskie to nie to samo co dzisiejsza Litwa, że placki ziemniaczane jemy z kwaśną śmietaną, a nie cukrem, że w zamkach Radziwiłów nadal żyją czarne panny, że rzeka Dźwina płynie przez starodawne miasto Połock, że ludzie z Bagien to ludzie z Polesia, a dzieci w Borowlianach pod Mińskiem nie przyjechały tam na wakacje... Bo prawdziwie białoruskie niebo mieni się chmarą znaczących znaczników.   

Tekst wygłoszony podczas "Spotkania ze Wschodem", 7 listopada 2011 roku w Poznaniu